Stwórca i zło

milena marszałek
START
Księżyc przesuwał się po niebie, podświetlając puste wnętrza zasłaniających go chmur. Strachy wróbli na dachach zahaczały o jego skorupę, a ciepły dym z kominów zapychał dolne kratery. Noc zalała tło. Na podkręconym haku rożka powieszono lisie czapy. Popychane przez wiatr usypiały dół wahadłowym dyndaniem. Księżyc składał części rakiet, zużywając plazmę wschodzących gwiazd.

Nie widać jej…

Nic nie widać!

Przez niebo!

Tak… prawie zachmurzone…!

I ciemne jak noc!

Albo jak owca.

Owce są czarne!

Nie wszystkie!

Ścięty sadzą świat przestał być widoczny. Przepływający nad nim księżyc nie zauważył ukrytych pod chmurami ruin Zamku i uderzył w kant kamiennej wieży. Nabity guz napuchł w nowy krater.

W każdym razie, ona na pewno jest czerwona!

Albo purpurowo-pomarańczowa.

I migocze!

Co znaczy mruga.

Tym bardziej żal, że nic nie widać…

Nawet, gdyby było widać, to i tak trzeba szukać.

I obserwować.

Czyli oglądać.

Aż się znajdzie!

I zdobędzie!

Właśnie! Czy to wszystko nie jest cudowne?

Co?!

To, że jest taka czerwona albo purpurowa-pomarańczowa, mrugająca i do zdobycia! Zdumiewające!

Tak, zdumiewające.

Noc przeniosła się nad drugi horyzont, barwiąc po drodze resztę prawdziwych świateł. Granatowe gwiazdy znikły w gąszczu stulonych chmur. Niebo i ziemia miały teraz ten sam kolor.

Tak zdumiewające, że może nawet niemożliwe!

Możliwe!

Trzeba się tylko dobrze wpatrywać!

Jak dobrze?

Jak najlepiej!

Aż się wypatrzy?

Aż się zobaczy!

Zgaszone światła odstraszyły ćmy od okien. Chłodny wiatr wirował przed oczami, rozdmuchując nierozwinięte liście. Przegromadzone chmury dostały wskazówki. Przedtem księżyc sprawdził długość cienia. Spóźniony zaczął przeskakiwać z dachu na dach, aż wyleciał za granicę. Na dalekim wschodzie pojawiły się blado-różowe bruzdy wstającego słońca.
WYŚCIG
Rozłożone szkieletem parasola ogrzewały schnące na wolnym powietrzu niebo. Sklejone obłoki usuwały z warstw zaschnięty krochmal. Dół zaczął się zapracowywać. Potrzebną ilość śrubek wkręcono za górami, za lasami. Bordowe dachówki walcowały w rytm głośnego młotkowania, a statystyki wydajności uniosły się nad poziomy. Tuż przy Lesie Bobrowym urządzono składnię na wylot.

Szałku…

Mczyku.

Czy mógłbyś przykręcić śmigło do silniczka?

A jak mógłbym?

W ten oto sposób.

W ten oczywiście, że mógłbym!

Tyle lat… Tyle lat… -westchnął Portorus.

Masz rację –przyznał Mczyk –Strasznie tyle!

Pracowaliśmy… i pracowaliśmy…

A teraz mamy kołacze! –zauważył Szałek.

Komplet dźwięków pracy w pocie czoła zwabił słońce nad podwórka i zmusił do rozwidnienia terenu. Cyfry liczników połączyły się w pary.

Dzień dobry, Salawarze! –zawołał Mczyk.

Dzień dobry! –odparł Salawar –Widzę, że pracujecie.

Nad śmigłem –wyjaśnił Szałek.

Rzeczywiście. Wygląda, jakby było nie dokręcone.

I jest! –przyznał Mczyk.

Gdzie?

Tutaj!

To przecież wasz wynalazek!

No właśnie!

Mczyk podniósł silniczek i wsparł go na metalowych uchwytach przyczepionych do wiklinowego kosza.

Wystarczy tylko wskoczyć… tu, pociągnąć za… to i już frunie się w górę!

Na poszukiwania! –dodał Szałek.

Bardzo pomysłowe! –stwierdził Salawar.

Najbardziej! Uniesie nas w górę jak prawdziwy uniesacz w górę!

A co to w ogóle jest?

Wirówka! –odparł Mczyk –Pracowaliśmy z Szałkiem całe lata, ale w końcu całe lata to nie tyle lat!

Mczyk zdjął silniczek z metalowych uchwytów i odłożył go na nie załadowany niczym bok.

Ależ to wszystko niezwykłe! –zauważył Salawar –Portorus buduje batut, wy wirówkę…

A ty drabinę! –zawołał Szałek.

Tak –przyznał Salawar –Bardzo, ale to BARDZO wysoką drabinę!

Hm… -mruknął Mczyk –Jak BARDZO wysoką?

No ma się rozumieć, że do nieba!

Z drewna?

Najprawdziwszego w Lesie Bobrowym! Jeśli chcecie mogę wam pokazać!

Ja chcę! –zawołał Szałek –Przyjdę na pewno!

Ja przyjdę z tobą! –dodał Mczyk.

A ja z wami! –zawołał Portorus –Będziemy wieczorem.

Ale… wieczorem wychodzę po drewno… -westchnął Salawar.

Wieczorem?! –zdziwił się Szałek.

Właściwie wieczorami…

Nie łatwiej byłoby, gdy jest widno? –zapytał Portorus.

Gdy jest widno łatwiej zbijać drabinę.

No dobrze –zakończył Mczyk –W takim razie przyjedziemy przed wieczorem.

Stukot przemknął obok narzędziowych skrzynek. Rozgrzane słońce wisiało nad przyborami, rzucając promienie w odblaskowe światełka tornistrów. Prawdziwa jasność wychodziła z nieba. Pasma rozciągniętych na nim chmur sięgały pierwszych marszczeń bezkresu, a pokrywający szczyty lód nadawał im połysk osiemnastokaratowego, nienagannego przykładu. Między tymi wzgórzami spacerował Kreator. Wznosił się powoli, zostawiając ślady zielonego pojęcia. Przesyłał przyciski powietrznych cmoknięć, ciągnąc biel aż do końców najlepszego porządku. Ciepło rozpraszało ściśnięte chmury, by mógł obserwować dół. A dół lśnił blaskiem odbitym od niego. Wypolerowany czułością wzbudzał zachwyt policzkowymi różami i zabytkową lamówką. Rozłożony w doskonałym centrum Kreator nadawał mu największe lubienie. Lecz wtem, kończący niebo fiord pokrył się cieniem innej postaci.

Dzień dobry, Kreatorze –powiedział przybysz.

Dzień dobry –odpowiedział Kreator.

Szczyty najwyższych chmurnych wzniesień połączyły się ze sobą, koronując głowę nieba. Kolejna perłowa nizina wyrosła obok gdzieś.

Hm… patrzysz na dół? –zapytał przybysz.

Oczywiście! Jest taki piękny! Sam zobacz!

Cienka, biaława zasłona obłoków rozstąpiła się przed nimi, odsłaniając pistacjowy deseń.

Tak, piękny –mruknął przybysz –Ale co byś zrobił, gdyby przestał taki być?

Co?!

Gdyby przestał taki być.

Jak to „przestał taki być”?

Gdyby.

Ale dlaczego miałbym gdyby?

Bo bywa różnie.

Ale dlaczego akurat TAK?

TAK, po prostu.

Ależ to bzdura! TAK się nigdy nie stanie!

Czyżby?

Czyżby!

Uszne ciepło rozrzuciło gwarancyjny żar. Jedyny taki docierał do zawodowych znakomitości, wręczając kryształowe puchary.

A więc jesteś pewien? –zapytał po chwili przybysz.

Tak, jestem pewien.

Jak bardzo pewien?

Tak bardzo, że…

Tak bardzo, że…?

…że mógłbym się nawet z tobą…

Ze mną…?

…założyć!

Założyć?!

Właśnie tak!

Ze mną?!

A dlaczego by nie?

Cóż…

Na dodatek w każdej chwili!

W każdej?

Nawet w tej!

Hm…

Dobrze?

Dobrze –zakończył przybysz –Załóżmy się.

Uściśnięta góra zaskrzypiała portfelowo. Trysk koniecznych iskier wybielił tapety, powiększając sprawiane wrażenie. Jasność przybrała na wadze, za nic mając diety i oszczędzanie.
WYŚCIG
Pod samym niebem fruwały skonstruowane ptaki. Metalowe pąki ślazów wygięły się w kierunku słońca, by w cieple rozkładać różowe płatki. Wszystkie nowe przyciski podwajały trójki i potrajały zbiory. Nagle murowany huk zaburzył budowany obraz, przejmując miejsce wałów i fundamentu. Domowy wybuch wyrzucił dach, uwalniając ze środka ciepły, malinowy dym. Frędzle dywanów wpadły w szczeliny podłogi. Ziemia przesunęła ogród w wzgórze.

Udało się! Udało się! –krzyknął Porfiry.

Udało! Udało! –dodała Porfiria –Się! Się!

Górą przemknęły przeciwdeszczowe jaskółki. Jasnoczerwony dach opadł na czubek skrajnego świerka, poddając się przechylaniu na nie wypoziomowane strony.

Musimy go ściągnąć! –zawołała Porfiria.

Po co musimy? –zapytał Porfiry.

A jak spadnie deszcz?!

To się przed nim schowamy!

Raczej pod nim.

To by było!

Możliwe!

Masz rację, Porfirio! Już niedługo wszystko będzie dla nas możliwe!

Malinowy dym opadł między grządki. Trudności poprzestawianego podwórka umieszczono w gablocie, odznaczając najwyższym stopniem z wstęgą.

Dzień dobry, Porfirio! Dzień dobry, Porfiry! –zawołała Kara –Ależ wybuch!

Jak wybuch! –zauważyła Porfiria.

To znaczy, że już skończyliście?

Nie całkiem, choć do końca zmierzamy zdecydowanie!

Oprawione słońce zaczęło pstrykać promieniami, kserując płatki rozwijających się stokrotek. Dzień przeszedł przez południe.

Jak myślisz o Wirówce Szałka i Mczyka, Karo? –zapytał Porfiry.

Hm… jest bardzo wiklinowo-śmigłowa –stwierdziła Kara.

Tak ach…

Ach.

A niczego jej przypadkiem nie brakuje?

Na przykład czego?

Na przykład CZEGOŚ.

Cóż… przekonująco wygląda.

Wygląda…

Tak.

Na ważniejszą od innych?

Tego nie wiem.

Na istotniejszą?!

Tego również nie wiem.

To może na znaczniejszą?!

I tego.

Czyli gdyby nawet CZEGOŚ jej brakowało, to pewnie też nie wiedziałabyś czego?

Pewnie.

Więc może jednak CZEGOŚ jej brakuje?

Może CZEGOŚ? –zauważyła Kara –Ale Porfiry, co wy właściwie konstruujecie?

A więc coś, co umożliwi dogłębną jej eksploatację!

To znaczy?

Coś, co pozwoli wykorzystać ją na szeroką skalę.

Czy to w ogóle możliwe?!

Oczywiście!

Więc wasz wynalazek musi być genialny!

I jest!

Lecz co to takiego?

No cóż… to coś, o czym teraz nie mogę jeszcze mówić.

Rzeczywiście „No cóż…” –powiedziała Kara i wstąpiła na rozstaj. Ale zamiast cofnąć się do drogi powrotnej wyruszyła naprzód.

Idziesz dokądś? –zapytał Porfiry.

Dotąd, dopóki nie sprawdzę, co robią Iga i Dominik –odpowiedziała Kara.

Nie musisz!

Nie?!

Ponieważ twoje dzieci bawią się razem z naszymi w Lesie Bobrowym –zakończyła Porfiria, poczym przystąpiła do organizacji odnawiania zniszczonego podwórka.

Ciepło dostawało stopnie. Zgięta od ciężaru cienia drzew trawa zaczęła piszczeć. Krążący wiatr wietrzył ruiny Zamku, przygotowując je do roli tła nowej przygody.

Ależ gwiazda! –zawołał Taran.

Nie gwiazda, tylko Gwiazda! –zauważyła Iga.

gwiazda, Gwiazda… wszystko jedno!

Nieprawda! –krzyknęła Lilia –Bo mama mówi, że chodzi o życie!

A tata, że o śmierć! –powiedział Hektor.

Właściwie to o koniec życia –stwierdził Salar.

Czyli o śmierć!

Akurat! –zawołała Lilia –Nie słyszałeś?! „o koniec życia” czyli o życie!

O koniec życia, czyli o to kiedy się umrze –zakończył Salar.

Uchylone pąki orlików wzbiły się ponad zbiorcze kępki. Pomarańczowe słońce płynęło na zachód, odklejając z ziemi plamy wątpliwego cienia.

Właśnie! –powiedział Dominik –Ten, któremu uda się zdobyć Gwiazdę będzie mógł sam zdecydować, kiedy umrze!

Tak, tak! –zawołała Hechra –Gwiazda ma taką moc, że wystarczy sobie tylko zapragnąć i można żyć tak długo, jak się zechce!

Hm… -mruknął Taran –A jeśli ktoś chciałby od razu umrzeć?

To by od razu umarł –powiedziała Iga.

A jeśli nigdy nie chciałby umierać?

To by nigdy nie umarł. Żyłby wiecznie, choć mama mówi, że życie może się znudzić.

Jak to „się znudzić”?! –zawołał Hektor –Przecież byłby czas na wszystko! Wciąż można by było robić coś nowego! Bez pośpiechu i bez strachu, że się nie zdąży!

No właśnie! –przyznała Lilia.

Słońce traciło ulubioną o tej porze połowę. Myśli odpływały ku przyszłości, znajdując w niej rozwiązania bliskie snom filozofów.

A myślicie, że uda się ją w ogóle zdobyć? –zapytał Taran.

Mama mówi, że to bardzo trudne –odparła Iga.

A mój tata jest pewien, że się uda! –zawołał Hektor.

A ja sądzę, że moglibyśmy się w coś pobawić! –powiedział Dominik.

Ale w co?!

Może w dwór królewski? –zaproponowała Lilia.

Świetny pomysł!

Tylko kto będzie królem?

Hm… trzeba wyliczać! –stwierdził Salar –Słońce, księżyc, blask i cień, znowu wstaje nowy dzień.

Poziomki, maliny, jagody, szukamy wielkiej przygody. Kto wygra ten jest pan, kto przegra będzie sam…

Dominik! –zawołała Lilia.

Ach tak –powiedział Dominik.

I co teraz?! –zapytał Hektor.

Wyliczamy, kto będzie królową! –odpowiedziała Hechra.

Właśnie! –przytaknęła Lilia.

Lecz gotowy zamysł przerwał na wpół malinowy głos Porfirego.

Lilia! Hektor! Salar! Wracajcie do domu!

Ożywiony plan opadł na ziemię, zasłaniając leśne ścieżki. Tylko droga do domów była teraz widoczna od końca do początku.

Więc do jutra? –zapytał Dominik.

Do –odparła Hechra i zakończyła dzień.

WYŚCIG
Jasność wywiązała się z obowiązków w tuzin kokard pomnożonych przez kilka mendli. Do końców odchodzących od ich supłów nit przymocowano największe obłoki. Proporcjonalnie spuszczane w dół zagracały niebo nadmiarem wygód i dosytem obfitości. Pyszniało powoli. Kreator zrzucał na ziemię rozdrobnione protony postępu, sycąc pierwsze potrzeby i nabrane chęci. Z drugiej strony bawił przybysz.

Ale dobre! –zauważył.

Tak… -przyznał Kreator.

Za dobre!

To wolałbyś przeciw?!

Wolałbym.

Nigdy!

Czy kiedy indziej?

Nigdy!

Czy innym razem?

Nigdy!

Chcesz powiedzieć, że WSZYSTKO zawsze będzie takie?!

Takie!

Takie?!

Nie wierzysz?!

Nie wierzę.

Będziesz musiał!

Ja?!

Dlaczego nie?

A dowód?

Nie ma.

A świadectwo?

Też nie ma.

Więc jak mam uwierzyć?!

Jak wszyscy.

Zdrowe słońce zawisło nad poziomem morza, rozdzielając promieniom spadochrony. Rozpędzone chmury odbiegły od kształtów. Jasność została sobą, się oślepiając.

Hm… -mruknął przybysz –Więc można zrobić tylko jedno.

Tak? –zapytał Kreator.

Tak.

Czyli?

Musimy się założyć.

Zakład? Znowu?!

Boisz się?

Czego?

Że mogę wygrać.

Nie wygrasz!

Nie wiadomo.

Wiadomo!

Skoro wiadomo, to się załóżmy.

Zakład? Znowu?!

Przecież się nie boisz.

Bo nie!

Więc?

Hm…

Niech?

Niech!

Będzie?

Będzie!

Kolejny uścisk stron przecięła przepaść między nimi. Białe chmury zwolniły przykryć nieziemski błękit nieba. Jasność wywróciła się na bok, uruchamiając pasujący blask. Zawieszono słońce w środku popołudnia. Wiatr wfrunął w związane stado pszczół i rozbił je na pododdziały. Źdźbła wysokich traw zaczęły się przechylać, zasłaniając wydeptane na łące ścieżki. Nad Lasem Bobrowym zataczały kręgi ciepła. Szeroko, szerzej, wzdłuż trzepotu ptasich skrzydeł. Tył zmieniał się w mniejszy, tracąc szczegółowy wygląd pietruszkowych natek.

Do ataku! –zawołał Dominik.

I pognał na stojącego w cieniu jałowca smoka. Taran, Hektor i Salar pobiegli za nim. Przebudzone słońce upuściło na zamiar kilka celnym promieni. Żyzny grunt łąki wchłonął je naraz, odwdzięczając się czterolistną koniczyną. Wietrzone liście pokazywały spody. Smok sunął w kierunku Dominika, niszcząc znakujące szlak drzewa. Ziejący ogień podzielił przyjaciół na mniej i więcej równe siły.

Naprzód! Naprzód! –wołał Dominik.

Czubki pchanych przez wiatr buków zaczęły dostawać do ziemi. Nie dość obciążone szale przybliżały odległość mety raz ku jednym, innym razem ku drugiemu. Ale jedni byli mocniejsi.

Udało się! –krzyknął w końcu Dominik –Pokonaliśmy go!

Wiatr wypuścił czubki drzew i oddalił się za spadającym w zachód słońcem. W Lesie wyraźnie pociemniało. Pierwsze gwiazdy mrugały zwycięsko do tych, które wciąż tkwiły na starcie. Noc wdzierała się z każdej strony, okrywając czas wielkich władców bawełnianą kołderką mroku.
WYŚCIG
Na resztę chwil zarzuciła splisowaną moskitierę. No to wszystkie nie przepuszczone komary poszybowały w górę i obsiadły rozgrzewający się księżyc. Było jeszcze ciszej. Ciszej senniej. Aż od chrapania urosły marzenia.

Ech… -westchnął Portorus –Gdybym tylko ją zdobył…

Albo gdybym tylko ją zdobył! –zawołał Salawar.

Albo gdybyśmy tylko ją zdobyli! –krzyknął Szałek.

To… -dodał Mczyk.

Co? –zapytała Kara.

Ja bym się udał! –odpowiedział Salawar.

Gdzie?

Tam i z powrotem!

A nie zmęczyłoby cię to?

Co?

Z powrotem.

Z powrotem byłoby z górki!

No tak…

Tak, wypatrujmy!

Tik-tające punkciki na niebie zaczęły świecić w reflektorowy sposób. Długie, podżółte pasma świateł sięgały ziemi, stawiając w blasku wszystkich z osobna.

Ojej! –zawołała Kara –Czy to nie ona?!

Gdzie, gdzie? –zapytał Portorus.

Tam!

E… nie… -mruknął Szałek –Tam to coś żółtego…

Tak –przyznał Mczyk –A ona przecież jest czerwona.

Albo purpurowo-pomarańczowa –dodał Portorus.

Tak, albo purpurowo-pomarańczowa.

Mrugająca i do…

Co tam, Portorusie!

Chciałem tylko…

Wiem, ale wypatrujmy!

Najmniejsze gwiazdy wystrzeliwały się pod tłem, zasypując ziemię iskrami bengalskich ogni. Większe zagięły na ten czas ramiona i wczepiły się w niebo, by nie odpaść podczas pokazu.

A ja… -zaczął Mczyk.

Ty? –zapytał Salawar.

…robiłbym wszystko!

Przecież cały czas robisz wszystko! –zauważyła Kara.

No właśnie! Bardzo lubię robić wszystko! Nareszcie miałbym na to nieograniczony czas!

Naprawdę nie wolałbyś robić czegoś innego?

A co jest lepsze od robienia wszystkiego?!

Udanie się tam i z powrotem! –stwierdził Salawar.

Nie, to nie dla mnie! Robić wszystko! To jest myśl! W końcu na pewno zrobiłbym coś absolutnie nie do zrobienia!

Ale skąd byś wiedział, że to właśnie to? –zapytał Portorus.

Ponieważ w końcu zawsze jest coś, o co chodziło!

W takim razie, skąd byś wiedział, że to koniec?

Poczułbym!

Jak?

Tak, że kiedy już zrobiłbym coś absolutnie nie do zrobienia stałbym się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie!

Hm… -mruknął Salawar.

Właśnie! –przyznał Mczyk.

A ja z całą pewnością porzuciłabym dotychczas i znalazł sobie inne zajęcie! –zawołał Szałek.

Inne jakie? –zapytał Salawar.

Cóż… może zbieractwo…?

O!

Albo szukanie…?

Aha!

Szukanie jest ciekawe! –przyznał Portorus.

Racja! –dodał Salawar –Nigdy nie wiadomo, co się znajdzie!

A kiedy ma się dużo czasu ciągle można znajdować coś nowego! –zakończył Szałek.

Ty też szukałbyś czegoś absolutnie nie do znalezienia? –zapytała Kara.

No nie! Bo w moim przypadku każde znalezienie byłoby jedyne w swoim rodzaju!

Rzeczywiście…

A ty co byś robił, Portorusie? –zapytał Mczyk.

Hm… ja bym po prostu sobie usiadł –odparł Portorus.

Gdzie?

Kolwiek.

I co dalej?

Dalej bym patrzył, jak się WSZYSTKO zmienia.

Co w tym takiego? –zapytał Szałek.

Że bym TO zobaczył.

TO WSZYSTKO? –zapytał Salawar.

A czego jeszcze można chcieć?!

Co jakieś wzdychania przerywały odgłosy zjeżdżających po niebie gwiazd. Noc zaczęła prasować skudlone chmury, rozluźniając spięcia klamrowego tła.

I umarlibyście, tak? –zapytała Kara.

„tak?”?! –powtórzył Salawar –Ja raczej w ogóle!

I ja w ogóle! –stwierdził Portorus.

Ja też wolałbym żyć jak najdłużej! –dodał Mczyk.

A ja tym bardziej! –powiedział Szałek.

Naprawdę nie?!

Ależ oczywiście!

Hm…

Właśnie, Karo! –zawołał Portorus –Bo co mogłoby być lepsze?

No więc…

Ja w każdym razie uważam, że niczego takiego nie ma!

I ja się z tobą zgadzam! –dodał Salawar.

A ja nie mógłbym się nie zgodzić! –stwierdził Mczyk.

Ja tym bardziej! –powiedział Szałek.

Cóż… -mruknęła Kara.

Racja! –krzyknął Portorus –Noc się kończy!

Tak –przyznał Szałek –Już niedługo będzie koniec!

Skoro koniec, to na dziś –zauważył Mczyk –Śpijmy!

Śpijmy!

My! –krzyknął Portorus.

Wy! –zawołał Salawar.

Co?!

No bo ja bym się jeszcze wpatrzył…

Więc wpatrzyj się i w razie czego nas obudź! –stwierdził Mczyk.

Ależ obudzę! –powiedział Salawar i odłożył nasenne skłonności wbrew zaleceniom.

WYŚCIG
Chmury obłożono rurowym rusztowaniem. Stan topnienia odkształcał je pod kątem używanych maszyn, aż kąt pękł pozwalając przybrać im ich postać. Produkcja pełnej pary potęgowała niebo.

Ależ to będzie! –powiedział Porfiry.

Co tam będzie! –zawołała Porfiria –Jest już!

Tak jest!

I będzie!

Srebrne dźwignie oplotły warzywne tyczki. Wyłożone słonecznymi bateriami alejki skręcały za przesuwającym się światłem, wyłapując ciuciubabkowe ciepło.

To nie Tetra? –zapytał Porfiry.

Gdzie?

Gdzieś!

Tak, to ona! –przyznała Porfiria –Dzień dobry, Tetro!

Jak się masz, Tetro?

Jak?

Nie usłyszała.

To nie!

Właśnie! Zaczynamy!

Zaczynajmy!

Gazowa posoka w halogenowych żarówkach ulotniła się na karminowo. Supły kłączy skrzypu przesłały dyskretny sygnał, rozciągając się o kolejną długość kabla.

Hm… -mruknął Kreator.

Tak? –zapytał przybysz.

Ciekawe, czy im się uda…?

W każdym razie nie zaraz.

Tak myślisz?! Bo ja uważam, że właśnie zaraz!

Zakład, że nie?

A zakład, że tak?

Zakład!

Dobrze, ale tym razem załóżmy się o coś!

Jak chcesz.

Chcę! –zawołał Kreator –Więc o coś?

O… średnią ilość zła i niegodziwości.

I…?

Hm… czwartą część szkód i krzywd.

I…?

Cóż… niech będzie sporą odrobinę kłamstwa.

To wszystko?

Za mało?!

Nie za dużo.

Styk przewodów uruchomił kolejne grzędy lampek. Kreator przetarł zaparowane niebo i wyrównał remontowe skazy. Napompowały się wybrzuszenia.

W porządku? –krzyknęła Porfiria.

Wszystko! –odparł Porfiry.

Wkręconym neonem wstrząsnęły tektoniczne dreszcze. Bordowy blask wypełnił półkole nad dołem, po rusztowaniach dosięgając nieba. A potem znikł wyspowo.

Aha… -zauważył Porfiry.

Stało coś się? –zapytała Porfiria.

Tak.

Co?

Nic.

Nic?!

Jak nic!

To nie zdążymy!

Zdążymy!

A jeśli nie?

Zdążymy!

A jeśli nie?!

Nie to nie!

Tak?!

Tak!

Więc próbujmy dalej!

Jutro?

Jutro?!

No to dziś.

Dziś i jeszcze raz dziś! –zapał zaniechał studzenie. Tynk pękł miejscowo, nanosząc na plan poprawki.

Obwieszone smugami chmury zebrały się nad domem i ułożyły w kształt brakującego dachu, z którego już po chwili zaczął kapać deszcz. Letnie krople wsiąkały w dziedziniec Pałacu. Zatrzymywały się w połowie murów, dzieląc je na pyszne warstwy. Nad najwyższą z nich zawisł obłok lukrowanej mgły. Pełen ubitego powietrza pokrył Las Bobrowy. Bladoblade niebo prześwitywało przez korony buków. Popychane wiatrem krążyło dookoła świata, ciągnąc za sobą wciąż te same obłoki. Wróble zostawiały w nich odciski dziobów.

Rozdzielmy się! –nakazał Dominik i pobiegł w głąb Lasu.

Przewlekła mgła zaraziła trawę. Jednostajnie padający deszcz przestał wpływać w ziemię. Na skrajach Lasu Bobrowego wyrastały zbiory małych, jednorazowych stawów pogłębiających się w miarę zbliżenia z łąką. Szerokie echo zaczęło powtarzać odgłosy przyjacielskich starć. Salar zatrzymał się daleko za nimi, by wpaść w kłęby zgniło-żółtej pary, wypływające wydechem z gęstych zarośli. Czarne tło oddało kształt. Dwupunktowo rozjaśnione złotym spojrzeniem przeszywało mgłę ostrym ściegiem. Gotowy Salar przeciął szwy i wyciągnął miecz. Nagłe uczucie gorąca wstąpiło w Las Bobrowy. Napływające ciepło rozpuściło mgłę i osuszyło ziemię. Deszcz przestał padać. Odsłonięte słońce wznowiło wyrzucanie promieni, bezdźwięcznie rozbijając je o dół. Salar pokonał dzikie zwierzęta.

A teraz urządzimy ucztę! –zawołał Dominik.

Liście zarumieniły się zielenią. Zalśniły wypolerowane krańce nieba. Salar ruszył przodem, chowając do siebie zranioną dłoń.
WYŚCIG
Górą z Lasu Bobrowego wiodła ścieżka. Zarośnięta z biegiem rzadkiego korzystania zrobiła się w końcu węższa niż w początku. Wreszcie była dostępna tylko dla jednej osoby. Zbyt wczesne przybycie wieczoru schłodziło powietrze. Odpływ ciepła zmącił spokojne, trawie fale, budząc przyszyte do ich źdźbeł świerszcze. Ciemność ciągnęła po drodze trudności, zajmując nimi myśli Tetry. Na kresie wschodu, niedaleko miejsca, w którym ścieżka zataczała koło, łącząc się z południem stał jej dom. Obsunięty poza zasięg równika ześlizgiwał się po urwisku, wciąż wydłużając przemierzaną odległość. Wychodzący zza niego księżyc zawsze potykał się o komin i obracał na tę samą stronę. Przyschnięte tło za domem zanurzyło się lekko, by nabrać koloru. Tetra weszła do środka i zapaliła świecę. Postawiła ją na parapecie, a potem podeszła do stojącej pod ścianą skrzyni. Okno na wprost zamknęło w ramach mały kawałek nieba. Gwiazdy iskrzyły w nim opętańczo, odczyniając stare zaklęcia i rzucając nowe. W lewym, dolnym rogu pojawił się czubek księżyca. Tetra otworzyła skrzynię. Dno zamilkło złotym blaskiem, migowo odsłaniając sekret. Więc porozumiewawczo wrzuciła do środka wszystkie monety, jakie przy sobie miała i zamknęła wieko. Przesuwający się w oknie satelita zasłaniał teraz cały widok.

Już niedługo –szepnęła do siebie, obserwując przepychające księżyc niebo –Już niedługo wykupię się, a ty będziesz moja.

WYŚCIG
Świt zapodział się w podziemiach, poszukując matryc tęczy. Nad ranem wywieszono płótno zwielokrotnionego ciepła słońca. Wiatr przełączył na suszenie. Prostym chmurom założono wałki. Uchodzące psyki dezodorantu wniosły na dziedziniec zapach podbiału, wywabiając z łąki pszczoły. Z miodem pofrunęły na ucztę.

To może zawody? –zapytał Hektor.

Zawody? –powtórzył Dominik –A kto wziąłby w nich udział?

Hm… może zwierzęta?

Zwierzęta?!

Dlaczego nie? –powiedział Taran –To by był pomysł!

By był, tylko które zwierzęta? –zapytała Iga.

Hm… może dzikie?

Ojej! –krzyknęła Lilia –Ale to niebezpieczne?

Skąd! –stwierdził Salar i znikł za drzwiami lochów.

Odkręcone obłoki przysnęły na murach. Lazurowe obicie zaczęło pobłyskiwać, naśladując sztuczki gwiazd. Słońce zawisło pod jasnością, rzucając na dół swój własny cień.

A niech to! –zawołał Kreator –Będą zawody!

O… -mruknął przybysz.

Spójrz!

Widzę.

Ciekawe, czy zwierze, które bym wskazał wygrałoby gonitwę?

Rzeczywiście, bardzo ciekawe.

To co?

Z czym?

Zakładamy się?

Cóż…

Chyba, że boisz się porażki…

Porażki? Ja?! –zdziwił się przybysz –Przecież to ty ciągle przegrywasz!

„ciągle przegrywasz”?!

Nigdy nie wygrywasz.

Od razu „Nigdy”! Ostatnio i tyle!

Ostatnio i przedostatnio i…

Zakładasz się czy nie?

Zakładam.

W lożach znikły wolne miejsca. Salar ustawił dzikie zwierzęta z rzędu, wzdłuż rozłożonych na ścieżce ekierek. Ciepło uprażyło kukurydzę.

Myślę, że wygra najwyższe zwierze –powiedział przybysz –A ty?

Ja obstawię to z drugiej strony, z małą łatą na boku.

W porządku.

A wcale nie!

Nie co?

Musi być jeszcze o coś!

Ach tak… Hm… To może o przyjaźń?

Między nami?

Nie, między nimi.

Bo już myślałem, że między nami!

Więc o między nimi?

O między nimi może być!

No to start!

O!

Hm…

Ruszyły!

Hm… Kreatorze…

Biegną!

Kreatorze… Jak myślisz…?

Pędzą!

Jak myślisz, jakie jest sumienie?

Jakie sumienie?

No na przykład.

Teraz mam myśleć na przykład?

Ja pomyślałem.

Pomyślałeś?

Oczywiście.

Na przykład?

Że sumienie jest nieomylne i wszystkie czyny zgodne z sumieniem są dobre.

Dobre!

Właśnie –powiedział przybysz –Zatem, jeżeli założę, że to, co robię jest dobre i ty założysz, że to, co robisz też jest dobre, to czyje czyny są naprawdę dobre?

Dzikie zwierzęta minęły wschód Pałacu. Biegły równo, wzdłuż wyoponowanej alei, zostawiając ślady na rozbiegu skoku w dal.

Naprawdę? –zapytał Kreator.

Dobre –dodał przybysz.

Hm… jeśli myślę, że robię dobrze, to robię dobrze, tak?

Tak, jeśli masz pewność.

Ja mam pewność!

I ja ją mam.

Więc wygląda na to, że czynimy dobrze.

Jak to? Ty i ja? Obaj?! To w ogóle możliwe?

Ja na pewno czynię dobrze!

Czy tylko dlatego ja nie?

Może tak, ale inaczej.

Inaczej, tak?

Bo moje dobro jest dobre dla wszystkich, a twoje nie.

Nie?

Nie.

Masz pewność?

Mam.

Skąd?

Bo tak zostało przyjęte.

Wschód zakręcił w południowy. Granice przebył długą drogę, rzeźbiąc wrota sezonowego lodowiska. Dzikie zwierzęta wyprzedziły zachód.

Przez kogo? –zapytał przybysz.

Przez ludzi –odpowiedział Kreator.

Przez ludzi?! Uważasz, że to oni decydują?

Uważam, że decyzje trzeba podejmować, biorąc ich pod uwagę.

Ale biorąc ich pod uwagę nie działa się zgodnie z własną wolą.

Jak to niezgodnie?!

Nie zgodnie z sobą.

Ale…

Przecież zauważyłeś przed chwilą.

A ty nie zauważysz?

Nie.

Dlaczego?

Bo ja decyduję.

Ja też decyduję!

Ale nie sam.

Żeby było jak najlepiej!

Dla nich.

No właśnie!

A co dla siebie?

Dla mnie?!

Nie chcesz być największy?

Przecież jestem!

Jesteś?!

Oczywiście!

Hm… naprawdę?!

Nie wiedziałeś?!

Nie.

No to zaraz dowiesz się, że tak! –zawołał Kreator –Co cię przekona?

Co…? –mruknął przybysz.

No na przykład.

Mnie…?

Mniej więcej!

Przekona…?

Przekona ciebie co?

Burza.

Burza?!

Burza.

Tylko burza?!

Tylko.

Zaczekano do północy. Dzikie zwierze potrąciło szlaban, dziergając płocie dziury. Najwyższe ze wszystkich przybiegło pierwsze na koniec. Lazur nieba obrobiła ciemnia. Nadciągnięty granat spoczął na koronach, pozorując omdlenia drzew. Żółty grzmot padł na dziedziniec. Znowu zaczęło padać. Bieżąca woda obstawiała mury, wchłaniając upadłe błyskawice. Nie zatrzymywana wpadała w podziemia, tworząc sieć kopiącego bezpieczeństwa. Przepływając zapalała świece.

Nareszcie jesteś! –zawołała Hechra.

Nareszcie –odparł Salar –Się uczta skończyła.

Spadające z sufitu krople omijały ustawione naczynia, rozpętując hodowlę wilgoci. Salar zaczął odwijać zaszły krwią bandaż.

Jeszcze się nie zagoiła?! –zapytała Hechra.

Jeszcze.

Hm…

Właśnie.

Cóż… posmaruj tym!

A co to?

Tubka żółtej maści.

Sama ją zrobiłaś?

Nie bądź dzieckiem!

Nie jestem.

Więc posmaruj!

Po iskrze zapalacza powstały płomienie. Skradzione z kominków przeszły w strony młotów, wspomagając wykłuwanie haków pogrzebaczy. Gasnące zasypano w popiele. Deszcz przestał padać około trzeciej czwartej kwadry księżyca. Zatrzymał się w połowie i rozlał po talii. Osuszona łąka powróciła do szeleszczenia, układając nowy hymn ku wabieniu pszczół. Salawar stał w oznaczonym środku Lasu Bobrowego. Rozglądał się po tych zakamarkach, które zdołały oświetlić tylne światła małego wozu. Przestrzeżone drzewa uciekały przed tupaniem. Blisko łąki zostawiły cienie. W zatartych śladach korzeni przepadły powrotne drogi. Bezdomne buki załamały pnie, niechcący odginając się prostopadle do padających ciosów siekiery. Lecz wtem, tuż za plecami rozległ się dźwięk. Jakby stukot kopyt. Salawar odwrócił się ostrożnie i zaczął rozglądać po zamaskowanej ciemnością przestrzeni.

Co to było…? –zapytał.

Zastygłe w nakrytych pozach drzewa zmieniły wygląd wnętrza Lasu. Nowa gęstość występowania roślin zaprzepaściła szansę na obojętne przechodzenie między nimi.

Pewnie nic… Jednak gdy tylko Salawar wznowił pracę dziwny tętent rozbrzmiał ponownie. Klap, klap. Klap, klap.

Czy ktoś tu jest?

Zimny wyprysk potu zrosił jego ciało, a potem błyskawicznie zamarzł na skórze. Przed oczami zaczęła krążyć gęsta, gorąca para, wynikająca przez podwyższenie temperatury.

Czy ktoś tutaj jest?!

Rozmiękczona gleba ściągała go ku dołowi, zmuszając do ruszenia się z miejsca. Salawar przesuwał się więc do przodu cały czas nasłuchując dźwięku, który raz zaskakiwał go z tej, innym razem z tamtej strony. Klap, klap, klap.

Hop, hop! Hop, hop!

Wiatr wyrwał łące ostry zapach macierzanki. Dolne gałęzie przybrały barwy liści, a liście pokryły się brązowymi plamami. Coś przemknęło bokiem i stanęło dokładnie po przeciwległej stronie. Salawar zatrzymał się w miejscu. Tuż przed nim, w blasku o kształcie ogromnego ostrosłupa stał biały koń. Szum zerwanych liści rozgonił skupienie. Salawar wydobył stopy z wciągającej go ziemi i najszybciej jak tylko mógł popędził w stronę łąki.
WYŚCIG
Słońce ześlizgnęło się po zjeżdżalni rannych zórz, gnąc chmury w kukułki origami. Poruszone owacjami stojących wpadło w kąt ruin Zamku, tworząc wyśnioną dekorację do generalnych prób. Na balkonach rozkładano waniliowy zapach. Topiony w cieple kaloryferowej instalacji moczył tekturowe łącza i przemieniał cukier. Aura pośpiechu pchała na potknięcia.

Tutaj nie jest miejsce do zabawy! –krzyknął Portorus.

Ale my się bawimy! –zawołał Dominik.

Tutaj! –dodała Iga.

My pracujemy! –stwierdził Mczyk.

A nie wy się bawicie! –zauważył Szałek.

Idźcie do Lasu Bobrowego!

Albo do ruin Zamku!

Albo na łąkę! –dorzuciła Porfiria.

Albo sobie idźcie!

Ale… -mruknął Taran.

Żadnego! –krzyknął znowu Portorus.

Ani jednego?!

Ani!

No bo tutaj jest miejsce dzisiejszej przygody! –zawołała Hechra.

Tam nie może? –zapytał Porfiry.

Nie…

A tutaj nie ma mowy! –stwierdził Mczyk.

Właśnie! –dodał Szałek –Nawet mowy nie ma!

Wiatr gonił rozproszone obłoki, zapędzając je nad środek dołu. Potem zaczął wtykać w nie rozrzucone wiązki promieni, by stworzyć pozór schowanego za chmurami słońca.

Karo… -szepnęła Porfiria.

Ty nic nie robisz… -zauważył Porfiry.

Może mogłabyś ich… -powiedział Mczyk.

Popilnować? –zapytał Szałek.

Ależ oczywiście popilnuje! –zawołała Kara.

Ale mamo… -mruknął Dominik.

Tak?

Ciebie nie ma w naszej przygodzie… -stwierdziła Iga.

Nie, nie ma –dodała Lilia.

Skoro nie ma, to zajmę was czymś innym –powiedziała Kara.

Ale czym? –zapytał Taran.

Właśnie, „Ale czym?”? –dodała Lilia.

Hm… może wam coś opowiem?

Ale co?

Właśnie, „Ale co?”?

Dowcip! –zawołała Hechra.

Nie dowcip –odparła Kara.

Anegdotę? –zapytał Salar.

Nie anegdotę.

Historię swojego życia?

Nie historię mojego życia.

Więc co?! –zapytał Hektor.

Właśnie, „Więc co?!”? –dodała Lilia.

Bajkę –powiedziała Kara –Opowiem wam bajkę.

W pewnym małym gospodarstwie, między dwoma dużymi żyła sobie Świnka. Mieszkała w chlewiku razem z innymi świnkami lecz bardzo się od nich różniła. Gdy przychodziła pora spożywania pokarmu Świnka odsuwała się od koryta i chowała w najciemniejszy kąt chlewika.

Dlaczego nie jesz? –pytały ją inne świnki.

Nie jestem głodna –odpowiadała.

Ale nie dlatego Świnka odsuwała się od koryta. Nie mogła jeść, ponieważ była zakochana. W dodatku najnieszczęśliwiej na świecie. Świnka lubiła przesiadywać na pastwisku. Niedaleko niego deszcz uformował bajorko, w którym wylegiwały się inne świnki. Świnka nigdy im jednak nie towarzyszyła. Wolała nie słuchać rozmów o spacerach w świetle księżyca, miłosnych wyznaniach i planach na przyszłość. Zwykle, kiedy tak siedziała odwiedzał ją jej serdeczny przyjaciel.

Dzień dobry, Eugeniuszu! –kwiknęła wesoło Świnka, widząc że i tym razem Ptaszek skrada się w jej kierunku.

Dzień dobry, Augustynko! –ćwierknął Eugeniusz –Jak się masz?

Jak zwykle… -odpowiedziała Augustynka –A ty, jak się czujesz?

Zupełnie nieźle!

O!

Wyobraź sobie, Augustynko, poznałem kogoś!

Kogo?

Kogoś takiego, jak my!

Ojej! Naprawdę?

Eugeniusz przysunął się do Augustynki, gestem dając jej do zrozumienia, żeby przybliżyła swoje ucho do jego dzioba.

Wieczorem mógłbym ci go przedstawić –szepnął –Będziesz mogła się wymknąć?

Myślę, że nie powinno być problemu –odparła Świnka –Na pewno się przecisnę.

Eugeniusz zmierzył przyjaciółkę zatroskanym wzrokiem.

Och Augustynko! –ćwierknął –Dziś wyglądasz jeszcze mizerniej niż wczoraj! Naprawdę musisz zacząć jeść!

A ty musisz zacząć latać! –kwiknęła Świnka i spojrzała wymownie na Eugeniusza, który natychmiast zakrył głowę skrzydełkiem –Ojej, przepraszam, Eugeniuszu, nie chciałam być niemiła…

Nie jestem zły na ciebie, Augustynko… -powiedział Eugeniusz –To straszne, że nie latam! Czy to w ogóle możliwe, żeby ptak nie latał?

A czy to możliwe, żeby świnia nie jadła? –zauważyła Augustynka i trąciła ryjkiem Eugeniusza, który od razu opuścił skrzydełko i odsłonił głowę.

Do zobaczenia wieczorem! –zawołał i podreptał w stronę lasu.

Słońce powoli znikało za widnokręgiem. Augustynka usiadła w kąciku chlewika i udając, że śpi przymknęła powieki. Kiedy inne świnki zasnęły zbliżyła się do krat i przecisnęła przez ich szpary. Bezszelestnie otworzyła ryjkiem drzwi stodoły, wyszła na podwórze i pobiegła w stronę pastwiska. Eugeniusza jeszcze nie było więc usiadła w swoim ulubionym miejscu i pogrążyła się w zadumie.

Jaka cudowna noc… -westchnęła.

Podparty na czubkach kilku topoli księżyc przesłał w jej stronę snop jasnego światła.

Augustynko!

Eugeniusz? –kwiknęła wystraszona Świnka –To ty?

Tak, to ja –odparł szeptem Ptak –Czy wokoło jest wystarczająco bezpiecznie?

Augustynka rozglądnęła się po pastwisku.

Moim zdaniem jak najbardziej! –stwierdziła.

Wspaniale! W takim razie wychodzę! –powiedział Eugeniusz i wyskoczył zza górki leżących szyszek.

No i? Przyprowadziłeś go? –zapytała podekscytowana Augustynka.

Och, tak! –ćwierknął z przejęciem Eugeniusz –Jest w zaroślach!

W zaroślach?!

Dalej nie śmiał się ruszyć –wyjaśnił Ptak –Za mną, Augustynko!

Świnka poczłapała za Eugeniuszem w stronę lasu.

W porządku, panie Poruczniku! –krzyknął Eugeniusz –Może pan wyjść!

Z gęstych zarośli wyskoczyło małe, pokryte blado-różową skórką stworzonko.

Dobry wieczór –pisnęło, podając Augustynce łapkę –Jestem Porucznik Norka.

Norka?! –zdziwiła się Augustynka –Ależ pan nie ma futerka!

Zawstydzone stworzonko czmychnęło z powrotem w zarośla. Oburzony zachowaniem przyjaciółki Eugeniusz dziobnął Augustynkę w bok i pobiegł za nim.

Panie Poruczniku! –zawołał –Ona nie chciała pana obrazić! To tylko świnka! Co ona może wiedzieć o zwierzątkach takich, jak pan?

Augustynka spuściła uszy.

Bardzo pana przepraszam… -wymamrotała –Naprawdę nie zdawałam sobie sprawy, że norki nie mają futerek, a poza tym…

Augustynko! –ćwierknął zdenerwowany Eugeniusz –Pan Porucznik chciałby ci coś wytłumaczyć!

Ośmielony Porucznik ponownie wyszedł z zarośli, tym razem jednak szczelnie okryty listkami topoli i usiadł obok Eugeniusza, który dał znak Augustynce, aby także usiadła.

Jak już wspomniałam, nazywam się Porucznik Norka… -zaczął. Augustynka chrumknęła. Zgniewany

Porucznik spojrzał na nią spod oka.

O, przepraszam… -szepnęła –To taki odruch… Porucznik westchnął głęboko i na wszelki wypadek schował łapki pod liście.

Jak już pani zauważyła brakuje mi futerka… -powiedział, poczym dodał z żalem –Musiałem się go pozbyć po tym, jak uciekłem z klatki kłusownika!

Ojej! –kwiknęła Świnka –To straszne!

Tak wiem. Ale nie miałem innego wyjścia… -zachlipał –Całe stado… na moich oczach…

Och, panie Poruczniku, bardzo mi przykro… –zawołała Augustynka –Chciałabym panu powiedzieć…

Wiem, co się pani przytrafiło, pani Augustynko –przerwał Porucznik i dodał spokojnie –Dlatego też została pani wybrana.

Wybrana? –zdziwiła się Augustynka –Do czego wybrana?

Do UCIECZKI! –zawołał Porucznik –To jedyne wyjście!

Jakiej UCIECZKI?! –przestraszona Augustynka stuliła uszy i spojrzała na Eugeniusza.

No… UCIECZKI! –zawołał znowu Porucznik.

Ojej! Sama nie wiem… -powiedziała Augustynka, kiwając głową –Gdzie miałabym uciekać?

Nie pani, tylko my wszyscy! –wyjaśnił Porucznik.

My wszyscy? Cały chlewik? –zapytała niepewnie Augustynka.

Nie! –krzyknął Eugeniusz –My! Nasza trójka! Pan Porucznik, ty i ja!

Aha… -szepnęła Augustynka –Gdzie zatem mielibyśmy uciec?

Otóż, widzi pani… -zaczął Porucznik –Daleko stąd, na północnym wschodzie istnieje takie miejsce, gdzie zwierzęta podobne do nas znaleźć mogą bezpieczną przystań… -Porucznik wziął do łapki leżący obok

Eugeniusza patyczek i zaczął coś kreślić na wytartym kawałku pastwiska –Niech pani spojrzy, pani Augustynko, jeśli cały czas będziemy kierować się na północ…

A gdzie jest wschód? –przerwała Świnka.

Jesteśmy na wschodzie… -zauważył Eugeniusz i pokiwał głową.

Mniejsza o to! –Porucznik złamał patyczek na pół i obie części wyrzucił daleko za siebie –Myślę, że dalibyśmy radę! Hm… co to takiego?

Z okolic małych żeber Augustynki zaczęło nagle dochodzić głośne bicie. Było tak bolesne i smutne, że z oczu Świnki popłynęły łzy.

Och, przepraszam… -szepnęła –To moje złamane serce…

Katastrofa! –zawołał zdruzgotany Porucznik –Od tego przecież można się rozchorować!

Ale co ja mogę na to poradzić? –zmartwiona Świnka opadła na trawę i zakryła małe ślepia ogromnymi uszami.

No właśnie może pani! I nie tylko może, ale i musi! Inaczej pani umrze! I jeśli nawet nie z miłości, to na pewno z głodu!

Ależ to sensowne! –zauważył znowu Eugeniusz.

Ale ja muszę to przemyśleć! –stwierdziła Augustynka –Zresztą, powinnam już wracać. Jestem bardzo zmęczona, a niedługo trzeba będzie znowu wyjść na pastwisko.

Rozumiem –powiedział Porucznik –Proszę się jednak dobrze zastanowić!

Zaraz potem Porucznik pożegnał się z Eugeniuszem i Augustynką i obłożony liśćmi pobiegł w najbliższe zarośla.

Eugeniuszu, co ty o tym myślisz? –zapytała po chwili Augustynka.

UCIECZKA! –ćwierknął Eugeniusz –To jedyne wyjście!

Dobrze… w takim razie jutro dam ci odpowiedź… Eugeniusz pomachał Augustynce i znikł w tych samych zaroślach, co Porucznik. Augustynka wstała z trawy i pobiegła w stronę stodoły. Gdy spostrzegła, że wszyscy pogrążeni są w głębokim śnie prześlizgnęła się przez kraty chlewika i ułożyła w kąciku pod ścianą. Kilka chwil później spała już beztrosko, śniąc o zielonej łące, po której spaceruje i wącha polne kwiaty… Obudziły ją blade promienie wschodzącego słońca, wpadające przez niewielkie okienko chlewika. Rześkie, chłodnawe powietrze pchało się do środka stodoły. Świnki zaczynały ustawiać się dookoła koryta. Zwinięta w kłębek Augustynka drzemała jeszcze w kąciku. Chwilę potem do stodoły wszedł gospodarz i rozdzielił jedzenie między wszystkie zwierzęta.

Ojej! –zawołała jedna świnka, gdy już najadła się do syta –Znowu zabrakło dla Augustynki…

Nic nie szkodzi –powiedziała Augustynka –Naprawdę nie jestem głodna.

Trawa na pastwisku błyszczała od porannej rosy. Słońce powoli wspinało się po niebie, odgarniając wiszące na drodze chmury. Augustynka jak zwykle przysiadła na brzegu pastwiska.

UCIECZKA… hm… UCIECZKA… -rozmyślała –Nigdy nie wychodziłam dalej niż na pastwisko… hm… ale, jeśli Eugeniusz odejdzie… nie chcę tu zostać sama! Eugeniuszu! Eugeniuszu!

Augustynka pobiegła w stronę rzędu topoli i zaczęła rozglądać się po maleńkich krecich kopcach.

Eugeniuszu! Eugeniuszu! –zawołała znowu.

Co się stało, Augustynko? –zapytał Eugeniusz, wyczołgując się z kopca.

Jeśli ty chcesz odejść, to ja też bym wolała…

To fantastycznie! –ćwierknął Eugeniusz –W takim razie wyruszamy!

Kiedy? –zapytała Świnka.

Och… no cóż… ze względów bezpieczeństwa myślę, że dopiero w nocy.

Dopiero…? –zasępiła się Augustynka –Więc muszę czekać jeszcze cały dzień…?!

Ja bardzo się z tego cieszę! Będę mógł się porządnie spakować! Ty też zresztą powinnaś to zrobić – stwierdził Eugeniusz i zaczął sprawdzać, czy wszystkie niebieskie piórka, które rozwiesił na sznurze zdążyły wyschnąć.

Dobrze… -szepnęła Augustynka, poczym oddaliła się w ulubione miejsce i ponownie ułożyła na trawie.

Po południu, gdy na pastwisku pojawił się gospodarz podczołgała się ostrożnie pod sam brzeg lasu i zanurzona w wysokiej trawie postanowiła poczekać na przybycie przyjaciół.

Witaj Augustynko! –zawołał Eugeniusz –Długo czekasz?

Augustynka spojrzała na granatowe niebo.

Trochę… -odpowiedziała –Bardzo się cieszę, że was widzę. Eugeniuszu, dlaczego jesteś taki… wypchany?

Och! To moje piórka! Wszystkie, jakie miałem! Na każdą porę! Zabieram je ze sobą, bo nie wiem, czy jeszcze kiedyś tu wrócę, choć z tego, co założyliśmy wnioskuję, że nie wrócę nigdy. Zresztą, po drodze może być zimno! O, zobacz… te, na przykład mają wmontowany podwójny puch, co w ziemie może zastąpić niejedno ciepłe gniazdko, a te…

Nie ma na to teraz czasu! –przerwał Porucznik –Powinniśmy się zbierać! Droga jest prawdopodobnie długa więc…

Ja to „prawdopodobnie”? –kwiknęła Świnka.

No bo, widzi pani, e… nie wiem dokładnie, gdzie to jest…

Nie wie pan?! –zaniepokoiła się Świnka.

Ale znam drogę! Niech pani posłucha! Musimy przejść najpierw przez długą wieś, e… potem przez ogromny las… a potem przez głębokie jezioro… Augustynka i Eugeniusz spojrzeli na siebie zdziwieni, nie wiedząc zupełnie, co na to odpowiedzieć.

A czy zna pan chociaż nazwy tych wszystkich miejsc? –zapytała po namyśle Świnka.

E… no przecież powiedziałem: Długa Wieś, Ogromny Las i Głębokie Jezioro… -odparł Porucznik.

A potrafiłby pan to uściślić? –spytał Eugeniusz.

Uściślić? Znaczy, co do konkretnego adresu?

Eugeniusz i Augustynka pokiwali głowami.

No cóż… nie bardzo… -odparł smutnie Porucznik.

A może wie pan, jak długie, ogromne i głębokie są te miejsca? –dopytywał się Eugeniusz.

Niestety, tego również nie wiem… -zachlipał Porucznik i strapiony spuścił głowę.

Trudno! –zawołała Augustynka –Trzeba będzie jednak panu zaufać!

Właśnie! –dodał Eugeniusz –Naprzód, panie Poruczniku!

Och, naprawdę? –zapytał Porucznik –Naprawdę?

Eugeniusz i Augustyna znowu pokiwali głowami.

Tak mnie cieszy to zaufanie! –pisnął Porucznik i zalał się łzami.

Wzruszona Augustynka podeszła bliżej i podała Porucznikowi suchy listek.

Dziękuję –powiedział Porucznik i otarł pyszczek –W takim razie ruszajmy! Ojej! Zapomniałem! Muszę jeszcze coś zrobić!

Porucznik pobiegł w zarośla, by po chwili wynieść z nich mały pakunek.

Co to takiego? –zapytała Augustynka.

To moje ubranko –odparł Porucznik –Robiłem je sobie przez wszystkie te noce, które spędziłem w ukryciu.

Spodenki i koszulka! Wspaniałe! Proszę dotknąć! Augustynka dotknęła kremowego ubranka.

Rzeczywiście! Bardzo delikatne –przyznała.

Prawdziwa wełna! Chciałem sobie jeszcze zrobić buciki i rękawiczki, ale skoro pani tak szybko się zdecydowała postanowiłem odłożyć pracę na później. Może dokończę po drodze…?

Porucznik zaczął wciągać na siebie ubranko, a gdy skończył zarządził natychmiastowy wymarsz z pastwiska.

Czy przynajmniej wie pan, w którą stronę powinniśmy wyruszyć? –zapytała Augustynka.

Myślę, że zrobimy najlepiej, jeśli pójdziemy po prostu przed siebie! –odpowiedział Porucznik i podjął marsz.

Przez długi czas zwierzęta szły w milczeniu. Augustynka rozglądała się po niebie, wypatrując księżyca, którego jednak nigdzie nie było. Eugeniusz szedł obok niej, zastanawiając się, czy na pewno zabrał wszystkie piórka, a Porucznik Norka przyglądał się drodze, szacując na oko, ile zostało jej jeszcze do przebycia.

Czy nie sądzi pan, panie Poruczniku, że powinniśmy jednak przerwać marsz? –zapytał w końcu Eugeniusz

Jest bardzo ciemno, nawet idąc przed siebie możemy zabłądzić. W dodatku nie ma księżyca…

Och, tak… myślę, że ma pan rację, panie Eugeniuszu –powiedział Porucznik –Niechętnie to robię, ale owszem, zezwalam na przerwę w podróży.

Porucznik wymacał łapkami najwygodniejszą trawę i zawołał przyjaciół.

To doskonałe miejsce na nocleg! –stwierdził –Na razie nie jestem zmęczony, więc dopóki nie zasnę będę pełnił wartę.

Znakomicie! –ćwierknął Eugeniusz –W takim razie dobranoc, panie Poruczniku.

Dobranoc, panie Eugeniuszu.

Miłych snów, Augustynko.

Miłych snów, Eugeniuszu. Norki pod śpiworki, panie Poruczniku!

Świnki pod pierzynki, pani Augustynko!

Zwierzęta obudziły się przed wschodem słońca.

Och! –kwiknęła Świnka –Czuję, że to będzie piękny dzień!

O tak! Piękny i pełen przygód! –dodał Eugeniusz.

Stop! –zawołał nagle Porucznik.

Co się stało? –zapytała zaniepokojona Augustynka. Eugeniusz wstrzymał oddech.

Drodzy państwo! Jest mi niezmiernie miło zakomunikować, że dobrnęliśmy do pierwszego etapu naszej podróży! Przed nami Długa Wieś! –oznajmił Porucznik, wskazując łapką w dal.

Ojej! –krzyknęła zaskoczona Świnka.

Rzeczywiście! –przyznał Eugeniusz.

Ścieżka z szeregiem stojących na wprost siebie domów zaczynała się dokładnie w miejscu, w którym teraz stali.

No to co? Idziemy? –zapytał niepewnie Eugeniusz.

Musimy! –odparł Porucznik.

Na pewno?

Przecież tłumaczyłem! Nie mamy innego wyjścia!

W takim razie idziemy –powiedział Eugeniusz i ruszył za Porucznikiem.

Wieś okazała się dłuższa niż przypuszczali. Gdy tylko udało im się przejść jakieś wzniesienie natychmiast pojawiało się następne. W dodatku słońce uparcie trzymało się nieba, obrzucając ich wrzącymi promieniami. Zniecierpliwiony Porucznik wypatrywał końca drogi, wyprzedzając w wędrówce pozostałych. Eugeniuszowi było tak gorąco, że zaczął wyskubywać z brzuszka cieplejsze piórka, a że nie miał siły ich dźwigać wyrzucał je po prostu za siebie.

Ciepło… Gorąco… Skwarnie! Panie Poruczniku! –jęknął –Musimy… się… zatrzymać…! Ten… upał… mnie… wykończy…!

Niezmordowany Porucznik biegł jednak przed siebie, nie zwracając uwagi na towarzyszy.

Panie… Poruczniku…! –stęknęła Augustynka –Ja… już… nie… dam… rady…!

Proszę się nie poddawać! –zawołał Porucznik –Wypatrzyłem duże drzewo i zdaje mi się, że obok jest studzienka… Tak! Jest studzienka! A przy niej wiaderko z wodą!

Porucznik pognał ku studzience, zostawiając za sobą tumany szarego kurzu. Szybko wdrapał się po ściance wiaderka i zanurzył mordkę w wodzie. Kiedy Augustynka i Eugeniusz doczołgali się do drzewa Porucznik leżał już na trawie i odpoczywał.

Poczekaj, Eugeniuszu, podsadzę cię! –kwiknęła Augustynka i nachyliła łebek, by Eugeniusz mógł na niego wskoczyć.

Porucznik zaczął zdzierać z siebie wełniane ubranko.

Uff, jak gorąco! –zapiszczał –Pani też jest gorąco, pani Augustynko?

Gorąco! –zawołała Świnka.

A panu, panie Eugeniuszu?

Półprzytomny Eugeniusz wychylił głowę zza wiaderka.

Mnie też… -ćwierknął.

Słońce opuściło niebo dopiero wtedy, gdy wielka, granatowa chmura ostrzelała je gradowymi kulami.

Hm… myślę, że powinniśmy ruszać dalej –stwierdził Porucznik –Sprawdziłem okolicę. Przed nami jeszcze tylko jeden pagórek do pokonania.

Zwierzęta natychmiast podniosły się z trawy. Eugeniusz wyrwał kilka piórek z ogona i wpiął je w wyskubany brzuszek. Augustynka podeszła pod wiaderko z zamiarem zaczerpnięcia paru łyków wody na drogę, gdy wtem rozległ się potężny plask i na jej mokrym ryjku wylądowała mucha.

Doprawdy! –zabzyczała, ześlizgując się na ziemię.

Zdziwione zwierzęta otworzyły pyszczki.

Ojej… -kwiknęła Augustynka.

Hm –mruknął Porucznik.

O… -zauważył Eugeniusz.

Mucha wstała z ziemi, zatrzepotała skrzydełkami i uniosła się lekko w powietrzu.

Co tak patrzycie? –bzyknęła –Nigdy nie widzieliście jak mucha dostaje packą?!

E… -zasugerowała nieśmiało Augustynka.

No to może byście mnie wsparli! –zawołała Mucha, po czym okrążyła głowę Augustynki i zawisła nad jej uszami.

Augustynka spojrzała niepewnie na Eugeniusza. Zaskoczony Eugeniusz zerknął w stronę Porucznika. Porucznik Norka schował się za Augustynkę.

No cóż! Doprawdy! Powiedzcie cokolwiek!

Augustynka chrumknęła cicho, odrzucając przy tym uszy do tyłu.

Jestem Świnka Augustynka –kwiknęła.

Augustynka?! Cóż to za imię? –bzyknęła Mucha –Doprawdy, zupełnie nie pasuje do świni!

Mucha zmierzyła Augustynkę wzrokiem, po czym dodała:

Dziwnie wątłe z ciebie zwierzę… Czy ty na pewno jesteś świnią?

Na pewno –przyznała smętnie Augustynka.

To dlaczego jesteś taka chuda? Czy masz jakiś konkretny powód?

To powód z natury głębokich –szepnął Eugeniusz, przybliżając się do Muchy.

Jakich?! –zabzyczała zaciekawiona Mucha.

Głębokich! –powtórzył głośniej Eugeniusz.

Pani Augustynka walczy z uczuciami –uzupełnił Porucznik Norka.

I to ma być głębokie?!

Owszem, ponieważ wpadła po same uszy.

Ach tak? –zdziwiła się Mucha –A kim ty jesteś? Doprawdy, nigdy nie widziałam takiego zwierzęcia!

Nazywam się Porucznik Norka –pisnął Porucznik.

Norka?! Co z ciebie za norka? –zawołała Mucha –Ty nie masz futerka!

Zawstydzony Porucznik wcisnął głowę w głąb ubranka i podreptał w stronę wiaderka, aby spędzić za nim kilka następnych chwil.

No cóż… -bzyknęła Mucha i podfrunęła bliżej Eugeniusza –A ty jak się nazywasz?

Eugeniusz Nielot –powiedział Eugeniusz.

Hm… jesteś ptakiem?

Niby tak –odparł Eugeniusz, a potem dodał ze smutkiem –Tyle, że nie latam…

Niemożliwe! –krzyknęła Mucha –Doprawdy, niemożliwe! Czy ja dobrze słyszę?! Nie jedząca świnia, łysa norka i ptak, który nie lata! Ależ to jest nienormalne!

Nastała chwila ciszy. Zniechęcone zwierzęta usiadły na trawie. Porucznik podniósł z ziemi niewielki, zielony listek, zrobił z niego kapelusik i zakrył nim szczelnie łysą główkę. Augustynka zajęła się liczeniem wystających żeberek, a Eugeniusz załamał skrzydełka.

No przecież nienormalne! –krzyknęła znowu Mucha.

Tak… -szepnął Eugeniusz –Masz rację, nie jesteśmy normalni… Mucha podfrunęła bliżej i usiadła na głowie Augustynki.

Cóż… was przynajmniej nikt nie leje packą! –powiedziała z żalem –Wiecie, ile ja mam blizn po tych uderzeniach?!

Mucha sfrunęła z głowy Augustynki i zaczęła się sobie przyglądać.

O, tu na przykład dostałam przedostatnim razem… -bzyknęła, pokazując ślad na lewym skrzydełku – Straszne! Doprawdy! Myślałam, że to już koniec!

Ojej! –kwiknęła Augustynka.

Właśnie! –przytaknęła Mucha –O, a w to miejsce oberwałam aż dwadzieścia osiem razy! –dodała, wskazując na brzuch –A tutaj… tutaj to była prawdziwa masakra! Siedem szwów!

Mucha odwracała się do zwierząt bokiem, przodem, tyłem, stawała na nóżkach, prostowała i zwijała skrzydełka, przewracała się, kuliła, demonstrowała, w jaki sposób nastąpiło uderzenie, jaką miało siłę, opowiadała, jak do niego doszło i jak z niego wyszła.

Sto dwadzieścia dziewięć! –zakończyła –Sto dwadzieścia dziewięć! To naprawdę cud, że żyję! A dziś na dodatek nadkruszono mi kawałek skrzydełka…

Ojej… -zawołała Augustynka i pokiwała głową.

No coś podobnego… -dodał przejęty Eugeniusz.

Niemożliwe! –pisnął Porucznik.

Niebo przykryły granatowe chmury. Obwieszone maleńkimi gwiazdami rozproszyły się po górze, omijając środkowe miejsce, zarezerwowane dla księżyca.

To co robimy? –zapytał Eugeniusz.

Hm… -mruknął Porucznik –Powinniśmy chyba iść dalej, choć szczerze mówić straciłem ochotę…

Ja też… -dodała Augustynka.

Mucha gwałtownie podniosła się z trawy i zapytała:

A gdzie wy idziecie?

E tam… -jęknął Eugeniusz –Już mi się nawet mówić o tym nie chce…

Ani mnie… -pisnął cicho Porucznik.

Doprawdy! Nie bądźcie tacy! –bzyknęła Mucha –Ja wam o sobie wszystko opowiedziałam!

No cóż… -zaczął Porucznik –Podążamy do odległej krainy, gdzie będziemy mogli żyć w pełnej harmonii i bez kompleksów na tle różnic, jakie wynikają z naszych problemów.

Że co?! –zdziwiła się Mucha.

Idziemy tam, gdzie będzie nam lepiej –wyjaśnił Eugeniusz.

A gdzie jest ta kraina? –zapytała znowu Mucha.

Właściwie to nie wiemy… -odparła ponuro Augustynka.

Ale wiemy którędy należy iść, a to już coś –zakończył Eugeniusz.

Faktycznie, to już coś –zauważyła Mucha, a potem zaczęła nerwowo fruwać nad głowami zwierząt i nie mogąc znaleźć sobie miejsca przysiadła w końcu na płatku koniczyny. Wbiwszy w nią wzrok zapytała:

No to może ja bym poszła z wami, co?

Hm… nie mam nic przeciwko temu –stwierdził Porucznik i spojrzał na przyjaciół.

Ja też nie –powiedział Eugeniusz.

Ani ja –dodała Augustynka.

Och! Och, to cudownie! –bzyknęła Mucha –Będzie świetnie! Na pewno się dogadamy! Z natury jestem bardzo niekonfliktowym owadem, a poza tym doskonale orientuję się w terenie! Ponadto jestem obdarzona niezawodnym zmysłem węchu, no i oczywiście bezkonkurencyjnym zmysłem wzroku! Zresztą, jak na inteligentnego owada przystało posługuję się wieloma językami! Hm… potrafię na przykład porozumiewać się po starojeleńsku, szczurzojaszczurzemu, nowoindyczemu, znam trochę bocianie klakanie i afrykańsko- tygrysi dialekt! Umiem pływać, specjalizuję się w nurkowaniu, wyczuwam padlinę z największej odległości, wykonuję akrobacje w powietrzu, przeszłam kurs pierwszej pomocy, świetnie poruszam się po lodzie!

Jestem odporna na pierwsze mrozy, na ostatnie zresztą też i na długotrwałe upały. Najlepszy ze mnie nośnik zarazków! A co najważniejsze potrafię doskonale latać, co, jak się okazuje wcale nie jest takie łatwe! Ze mną na pewno znajdziecie drogę do tej krainy! Gwarantuję! Zdumione zwierzęta wstały z trawy.

A jak ty się w ogóle nazywasz? –zapytała Augustynka.

Och! Oczywiście! Doprawdy! Zwykle nie zdarza mi się zapominać o najważniejszym! Nazywam się

Elżbieta Bzycząca! –zawołała podekscytowana Mucha, poczym dodała ciszej –Z tych Bzyczących, jeśli wiecie, co mam na myśli. Zadowolone zwierzęta wymieniły ukłony, a potem ruszyły w stronę ostatniego pagórka Długiej Wsi. Na niebie wciąż nie było księżyca. Zniecierpliwione czekaniem gwiazdy zajęły jego miejsce, siląc się na rozjaśnienie nocy. Gdyby nie światła ulicznych latarni zwierzęta znowu byłyby zmuszone do przerwania wędrówki.

Myślę, że mamy dość siły, by iść przez całą noc –stwierdził Porucznik –Czy państwo się ze mną zgadzają?

Ja się zgadzam –powiedziała Augustynka.

Ja też się zgadzam –dodał Eugeniusz.

A pani, pani Elżbieto? –zapytał Porucznik.

Ze mną jest najmniejszy problem –odparła Elżbieta –Jeśli się zmęczę po prostu usiądę na którymś z was.

Przestrzeń za Długą Wsią przeszła w wysoką, pachnącą łąkę. Kilka gwiazd na górze złączyło się ze sobą, tworząc ogromną, choć niezbyt kształtną kulę, udającą księżyc.

O, księżyc! –zawołała Augustynka.

Ale gwiazdy rozproszyły się gwałtownie, a potem ułożyły w trapez. Rozczarowana Augustynka spuściła głowę i szła dalej w milczeniu. Dzień zaskoczył ich na końcu łąki. Zmęczone wędrówką zwierzęta przystanęły na chwilę, by przyjrzeć się przebytemu kawałkowi drogi.

Ech… szkoda, że szliśmy tędy nocą… -stwierdziła Augustynka, podziwiając zieloną trawę.

Masz rację… -dodał Eugeniusz, poczym zerwał dorodny kłos jęczmienia i zaczął wyskubywać z niego ziarenka.

Przed nimi wznosiły się małe pagórki. Porośnięte kwiatami wyglądały, jak kolejna łąka. Tuż za nimi rozciągał się wielki las.

Proszę spojrzeć! Proszę spojrzeć! –krzyknął Porucznik –Oto i Ogromny Las!

Ojej! –kwiknęła Augustynka.

Racja! –ćwierknął Eugeniusz.

No i co z tego? –zapytała zdziwiona Elżbieta –To niby coś znaczy?!

Oczywiście! –zdenerwował się Porucznik –To drugi etap nasze podróży!

Aha… Ciemnozielone drzewa były tak wyrośnięte, że zasłaniały wędrujące po niebie obłoki.

Czy dadzą państwo radę iść dalej bez odpoczynku? –zapytał zaniepokojony Porucznik.

Ja wytrzymam! –odparła Elżbieta i wywinęła imponującego koziołka w powietrzu.

Ja też dam radę! –powiedziała Augustynka.

I ja –dodał Eugeniusz.

Zatem w drogę! –zawołał Porucznik i ruszył przed siebie.

Szybko przebrnęli przez ukwiecone pagórki i znaleźli się na skraju Ogromnego Lasu, który z bliska wydawał się jeszcze potężniejszy.

U… rzeczywiście ogromny ten las! –zauważyła Elżbieta –Doprawdy! Mogłabym w nim zamieszkać!

Nie żartuj! Tu jest strasznie! –ćwierknął Eugeniusz i chwycił ogonek Augustynki.

No coś ty! –bzyknęła Elżbieta –Doprawdy! Chyba się nie boisz?

Oczywiście, że nie! Po prostu jak dla mnie to jest tu stanowczo… za… e… za ciemno!

Za ciemno?! –zdziwiła się Elżbieta –Akurat! Lepiej od razu przyznaj, że się boisz!

Nieprawda!

Ciszej! –kwiknęła Augustynka, a potem spojrzała w górę.

Wiatr poruszał koronami drzew. Za każdym razem, gdy gałęzie stukały o siebie zwierzęta zatrzymywały się w miejscu i zaczynały nasłuchiwać.

Hej, Eugeniuszu! –zawołała Elżbieta, wpadając znienacka na Ptaka.

Zaskoczony Eugeniusz puścił ogonek Augustynki i złapał się za serce.

Nigdy więcej tak nie rób! –krzyknął zdenerwowany –Przestraszyłaś mnie!

Ale z ciebie mazgaj!

No wiesz! –oburzył się Eugeniusz –Wypraszam sobie takie komentarze!

W porządku, w porządku, przepraszam –powiedziała Elżbieta, a potem podfrunęła bliżej, zrobiła dwa salta w powietrzu i zgrabnie usiadła na głowie Ptaka –Jak chcesz, to opowiem ci coś, co jest prawie o tobie i co kiedyś, gdy byłam w podobnej sytuacji bardzo poprawiło mi nastrój.

A kiedy ty byłaś w podobnej sytuacji?! –zapytała zaciekawiona Augustynka.

O… doprawdy! Nie pamiętam zbyt dobrze… Hm… to musiało być jakichś kilka lat temu, podczas podróży po pustyni, którą odbywałam z moimi przyjaciółmi, bengalskimi tygrysami, bardzo zresztą dzikimi… Zaraz, zaraz… Tak! Na pewno wtedy! Pustynna ekspedycja! Polowanie na nosorożce!

Polowała pani na nosorożce?! –zdziwił się Porucznik.

Oczywiście! Doprawdy! –bzyknęła Elżbieta –Było bardzo niebezpiecznie! Tak bardzo, że chwilami myślałam już o najgorszym!

Ojej! –kwiknęła przejęta Świnka.

I co? –zapytał Eugeniusz –Poradziliście sobie?

Też coś! –zdenerwowała się Elżbieta –Oczywiście, że sobie poradziliśmy! Doprawdy! Jak można nawet przypuszczać, że moglibyśmy sobie nie poradzić?!

Ja niczego takiego nie przypuszczałem… ja tylko byłem ciekaw czy…

Czego byłeś ciekaw, co?! –zawołała Mucha i sfrunęła z głowy Eugeniusza –No czego?! Tego czy tym niezdarom udało się nas pokonać? Mój drogi! A więc oświadczam ci, że do dziś mam naszyjnik z ich rogów!

Zwierzęta zamilkły oszołomione słowami Elżbiety.

No, ale zboczyłam trochę z tematu –zauważyła po chwili Mucha –Eugeniuszu, miałam ci opowiedzieć coś prawie o tobie…

O tak –przyznał Eugeniusz –A czy to nie było to, o czym przed chwilą mówiłaś?

Nie! –wrzasnęła Mucha –To nie było to!

O, przepraszam…

Chcesz tego posłuchać czy nie?!

Ależ oczywiście! –odparł Eugeniusz –Oczywiście. Chcę posłuchać… Elżbieta wzięła głęboki oddech i przystąpiła do opowiadania.

Dawno, dawno temu, gdy złote słońce oświetlało prehistoryczny poranek…

Co to jest „prehistoryczny poranek”? –zapytała Augustynka.

O, to bardzo zamierzchłe czasy, kiedy… e… nie było cię jeszcze na świecie.

Aha…

No więc dawno, dawno temu, gdy złote słońce oświetlało prehistoryczny poranek, a różnobarwne kwiaty umilały swymi zapachami całą okolicę żył sobie mały zajączek, którego największym marzeniem było nauczyć się latać…

O, rzeczywiście… -burknął zdruzgotany Eugeniusz –Prawie jak o mnie…

Latać?! –zdziwiła się Augustynka –Zajączki nie mogą latać!

Nie przerywaj mi! –zdenerwowała się Elżbieta.

Przepraszam…

Doprawdy! –bzyknęła Mucha –Hm… na czym to ja skończyłam…? A tak… Więc dawno, dawno temu, gdy słońce oświetlało prehistoryczny poranek, a różnobarwne…

Nie powiedziałaś „złote”… -przerwał Eugeniusz.

Słucham?! –zapytała Elżbieta.

Nie powiedziałaś „złote” –powtórzył Eugeniusz –Przedtem mówiłaś, że słońce było złote.

Och, nieważne! Złote czy zielone! –zawołała Elżbieta –Czy moglibyście się przez moment nie odzywać? Ja tu próbuję coś opowiedzieć!

Przepraszamy…

Doprawdy! Na pewno chcecie, żebym to opowiedziała?

Zwierzęta pokiwały głowami.

I bardzo dobrze, bo i tak bym to zrobiła! –bzyknęła Mucha i znowu wzięła głęboki oddech –Tak więc był sobie jeden zajączek, który chciał się nauczyć latać…

Przepraszam bardzo… -pisnął Porucznik –Ja bym się chciał tylko dowiedzieć, jaką rolę odgrywa tutaj prehistoryczny poranek?

Cisza! –wrzasnęła Elżbieta –Jeśli jeszcze raz ktoś coś powie, to tak go ugryzę, że będzie się rozcierał do końca wyprawy!

Zwierzęta wybałuszyły oczy.

No! Widzę, że to was ostatecznie przekonało! Zatem, zajączek, który chciał się nauczyć latać poszedł po radę do bociana…

Miał absolutną rację! Bociany latają fantastycznie… -rozmarzył się Eugeniusz.

Elżbieta odchrząknęła wymownie więc Eugeniusz schował się pod Augustynkę.

Bocian zabrał zajączka na wysoką górę i powiedział: „Nie ma nic prostszego niż latanie, zajączku! Cała sztuka polega na tym, by rzucić się z wysokiej góry, rozłożyć w tym samym momencie łapy i zacząć nimi machać!”

Rzucić się z wysokiej góry, rozłożyć łapy, zamachać –powtórzył cicho Eugeniusz.

Zajączek i bocian udali się na wysoką górę. Zajączek stanął nad przepaścią, rzucił się w dół i, co łatwe do przewidzenia spadł.

Ojej! –kwiknęła Augustynka.

To straszne! –pisnął Porucznik –Czy nic mu się nie stało?

Raczej mu się stało, bo gdy bocian zleciał w dół zajączek siedział bezwładnie na ziemi z pękniętą szczęką i wyszczerzonymi zębami, no i…

No i co? No i co? –dopytywał się Eugeniusz.

No i odezwał się bocian: „Zającu, ty się śmiejesz, a nie ma z czego. Zdrowo rąbnąłeś o ziemię!” – zakończyła Elżbieta, a potem złapała się za brzuch i padła na trawę, dusząc się przy tym ze śmiechu.

Skołowane zwierzęta zaczęły się przyglądać, jak Mucha wywija na trawie koziołki. Nie zdążyły jednak nic powiedzieć, ponieważ ich uwagę odwrócił głośny trzask łamanej gałęzi. Wszyscy, oprócz Elżbiety, która w dalszym ciągu pokładała się ze śmiechu zaczęli rozglądać się dookoła. Tuż przy końcu Lasu siedział ogromny niedźwiedź. Szyję oplecioną miał szerokim sznurem, do którego końca przywiązana była gruba gałąź. Elżbieta wciąż nie mogła opanować śmiechu więc Eugeniusz szturchnął ją z całej siły.

No co jest?! –zapytała obrażona –Nie zrozumieliście żartu?!

Cicho! –kwiknęła Augustynka –Popatrz tam!

Mucha podniosła się z trawy, wzbiła w powietrze i zawisła na wysokości uszu Augustynki.

O! –bzyknęła –Doprawdy! To niedźwiedź!

O! Doprawdy! To niedźwiedź! –powtórzył złośliwie Eugeniusz –A niby co? Wiewiórka?!

Elżbieta odwróciła się w stronę Eugeniusza i z całej siły dźgnęła go w oko.

Auł! –ćwierknął Eugeniusz.

Cicho! –kwiknęła znowu Augustynka –Co robimy?

Podejdźmy bliżej! –zaproponowała Elżbieta, zacierając przednie odnóża.

Eugeniusz i Porucznik przylgnęli do Augustynki.

Nie jestem pewien czy to dobry pomysł… -stwierdził Porucznik.

Doprawdy! Ale tchórze! –powiedziała Elżbieta.

Łatwo ci mówić! –krzyknął Eugeniusz –Masz skrzydła!

Ty też masz! –bzyknęła zaczepnie Mucha.

Och, ty…

Tchórz! Cykor! Trzęsipiórek! –zawołała Elżbieta, a potem pofrunęła w stronę niedźwiedzia.

Niech pani poczeka! –pisnął Porucznik i pognał za Elżbietą. Augustynka pobiegła za Porucznikiem, ciągnąc trzymającego jej ogon Eugeniusza. Wszyscy zatrzymali się niedaleko rozłożonych łap niedźwiedzia.

Ojej… -szepnęła po chwili Augustynka.

Doprawdy! –zawołała Elżbieta.

On… on… -zaczął Eugeniusz.

Płacze… -dokończył Porucznik i chwycił Eugeniusza za skrzydełko. Eugeniusz odwrócił się w stronę

Elżbiety. Elżbieta usiadła na głowie Augustynki, a Augustynka spojrzała na niedźwiedzia.

Ktoś powinien coś powiedzieć… -zauważyła Świnka.

Myślę, że to zły pomysł… -pisnął Porucznik.

No to może byś w końcu wymyślił jakiś dobry! –bzyknęła Elżbieta.

To ogromne zwierzę może nas w każdej chwili zaatakować! –powiedział Eugeniusz.

Och, ale on tak smutno wygląda… –zawołała Augustynka.

To się może tylko tak wydawać! –pisnął znowu Porucznik –Tak naprawdę pewnie dawno nic nie jadł i tylko czeka, by złapać coś na litość!

Och, nie wierzę! –kwiknęła Świnka –Moim zdaniem jest załamany!

Może po prostu rozmyśla? –zauważył Eugeniusz.

Tak?! To po co mu ten sznur wokół szyi? –zapytała Elżbieta.

To może być kamuflaż! –stwierdził Porucznik –Z pewnością udaje jakieś inne zwierzę, by kogoś nabrać, a potem schwytać!

Ale jakie zwierzę tak wygląda?! –zapytała Augustynka –Nie przypominam sobie, bym znała jakieś stworzenie, które ma w zwyczaju przywiązywać się do gałęzi!

Ja widziałam coś podobnego u psów –powiedziała Elżbieta.

O, ja też –dodał Porucznik.

No to co robimy? –zapytał w końcu Eugeniusz.

Ja bym poszedł dalej –szepnął Porucznik –To nawet lepiej, że do tej pory nas nie zauważył. Jeśli będziemy cicho…

Ja go nie zostawię! –oburzyła się Augustynka –On cierpi! Czy wy tego nie widzicie?!

Ja też bym z nim chętnie porozmawiała –dodała Elżbieta.

No pewnie, że byś z nim porozmawiała! –ćwierknął Eugeniusz –Umiesz latać i w każdej chwili możesz uciec, zostawiając nas na pastwę tego potwora!

Umiesz latać, umiesz latać! Pewnie, że umiem! –wrzasnęła Elżbieta –Sam byś się w końcu nauczył, zamiast tracić czas na wędrówki w nieznane! Zresztą, doprawdy! To zapewne jeszcze jedna beksa, która ryczy, bo ma za dużo futerka!

O, przepraszam! –pisnął Porucznik –Czy pani miała na myśli mnie?

Nie! Nie słyszałeś?! Cały czas mówię o tym niedźwiedziu!

No tak, ale mówiąc o futerku miała pani na myśli mnie!

Och, doprawdy! Skoro tak ci się wydaje… wszystko jedno!

Jak to „wszystko jedno”?! Nie powinna pani tak mówić! Gdyby się pani dogłębnie zastanowiła…

Coś podobnego! Doprawdy! –zawołała Mucha –Chyba nie myślisz, że twój problem jest na tyle interesujący, bym chciała się nad nim dogłębnie zastanawiać!

Mucha wzbiła się w górę, wykonała idealną beczkę, poczym z zupełnie obojętną miną przysiadła na trawie i zaczęła układać skrzydełka. Urażony Porucznik skrzyżował przednie łapki.

Ależ Panie Poruczniku… -powiedziała Augustynka –Niech pan tego nie bierze do siebie. Elżbieta z całą pewnością nie mówiła poważnie, prawda Elżbieto?

Jak to nie mówiłam poważnie?! –zabzyczała Mucha –Mówiłam jak najbardziej poważnie, ty… ty świnio!

O! Jak śmiesz w tak poufały sposób zwracać się do mojej przyjaciółki? –oburzył się Eugeniusz.

Elżbieta poderwała się z miejsca i zawisła nad głowami pozostałych zwierząt.

A co mi zrobisz, ty Nielocie? –krzyknęła, poczym podfrunęła pod najbliższy dąb, zerwała dorodny żołądź i rzuciła nim w kierunku Eugeniusza. Ptak zrobił szybki unik.

Poczekaj no! Niech cię tylko złapię!

Pomogę panu! –pisnął Porucznik.

Akurat mnie złapiecie! –zawołała Elżbieta i znowu rzuciła żołędziem.

Och! Przestańcie! –kwiknęła Augustynka.

Przepraszam bardzo… kim wy jesteście?

Zwierzęta umilkły nagle słysząc nieznajomy głos. Spojrzały na siebie przerażone, po czym powoli zaczęły odwracać się w stronę miejsca, z którego dochodził. Olbrzymi Niedźwiedź siedział wciąż pod drzewem i wpatrywał się w nich z zainteresowaniem.

Wiedziałem! –zapiszczał szeptem Porucznik –On nas teraz wszystkich pozabija!

Kim jesteście? –powtórzył Niedźwiedź.

Przerażony Porucznik podbiegł do Augustynki.

Pani jest najodważniejsza –stwierdził –Niech pani coś powie.

Ja?! –zdziwiła się Świnka –To raczej Elżbieta… Na te słowa Mucha podfrunęła pod głowę Niedźwiedzia, okrążyła ją kilka razy z takim zdecydowaniem, że Niedźwiedź machnął za nią łapą, poczym najgłośniej jak tylko potrafiła zabzyczała:

Jestem Elżbieta Bzycząca, bardzo mi przyjemnie!

Zaraz potem przysiadła bez najmniejszego skrępowania na jego nosie i zaczęła przedstawiać pozostałych.

Tamten w wełnianym ubranku to Porucznik Norka, obok stoi Eugeniusz Nielot, a ta Świnia to Augustynka.

Zmierzamy do pewnego miejsca, gdzie w królewski sposób traktuje się wszystkie zwierzęta więc zamierzamy tam osiąść na stałe. Kiedy skończyła obróciła się tak, by patrzeć Niedźwiedziowi prosto w oczy i zapytała:

A ty, kim jesteś?

Niedźwiedź próbował na nią zerknąć, ale szybko rozbolały go oczy od spoglądania zezem.

Nazywam się Odrobinka… -powiedział.

Kpi sobie z nas! Po prostu sobie z nas kpi! –szepnął Eugeniusz.

Dobrze, co dalej? –zapytała znowu Mucha.

Dalej? No cóż… jestem bardzo nieszczęśliwy! –ryknął Niedźwiedź i znowu zaczął płakać.

No tak… -bzyknęła zniecierpliwiona Elżbieta i sfrunęła z niedźwiedziego nosa –Jeśli chcesz, żebyśmy ci pomogli musimy znać powód twojego nieszczęścia.

Niedźwiedź zerwał z drzewa kilka liści i przyłożył je do opuchniętych od płaczu oczu.

Wyrzucono mnie…

Skąd cię wyrzucono? –zapytał Eugeniusz.

Z cyrku… bo… bo jestem za… za stary… -Niedźwiedź zmiął jeden listek i zupełnie przypadkowo rzucił nim w fruwającą dookoła niego Elżbietę, która straciła równowagę i runęła prosto na kupkę suchych igiełek sosnowych.

Doprawdy! –zawołała oburzona –Cóż za niedopatrzenie!

Porucznik zrobił krok do przodu.

A co pan robił w tym cyrku? –zapytał nieśmiało.

Grałem… grałem na… -szloch zagłuszył ostatnie słowo.

Na czym? –zapytały zwierzęta.

Na organkach… -powtórzył Niedźwiedź –I wiecie, kim mnie zastąpiono? Pięcionogim psem- brzuchomówcą, tańczącym walca z własnym ogonem!

Ojej! –kwiknęła Świnka –Nieprawdopodobne!

A jednak! –zawołał Niedźwiedź –I dlatego chciałem się… zabić…

Ojej! –kwiknęła znowu Świnka.

Tak. Chciałem się zabić! Ale gałąź nie wytrzymała mojego ciężaru i… i pękła!

O tak –przyznał Eugeniusz –Jak nic pękła.

Miałem nadzieję, że chociaż w tym Lesie będą porządne gałęzie, a tu… no sami spójrzcie! –powiedział

Niedźwiedź i wskazał na zwisającą z jego szyi gałąź.

U, rzeczywiście… -przyznał Porucznik.

Trzeba było najpierw zrobić próbę –zauważyła Elżbieta.

Och, przestań! –zawołał Eugeniusz i trącił Muchę skrzydełkiem.

Nawet zabić się nie umiem… -mamrotał Niedźwiedź –Jestem taki bezużyteczny…

Ojej… -kwiknęła poruszona Świnka, a Niedźwiedź znowu zalał się łzami.

Przepraszam bardzo, ale czy to zabijanie się jest ostatecznym rozwiązaniem? –zapytał Porucznik.

Niedźwiedź podniósł głowę i spojrzał na Eugeniusza, myśląc, że to on się do niego odezwał. Zaskoczony Eugeniusz zrobił krok do tyłu i potknął się o leżący na ziemi patyk.

No bo widzi pan, panie Odrobinka –kontynuował Porucznik –Mógłby pan iść z nami…

Z wami?! –zapytał Niedźwiedź –Do tego królewskiego miejsca?!

Nie całkiem królewskiego –sprostował Porucznik –Po prostu lepszego.

Sam nie wiem… nie takie miałem plany…

E tam! Nie raz będzie jeszcze okazja –bzyknęła Mucha i machnęła odnóżem.

Ależ Elżbieto! Tego już za wiele! –oburzył się Eugeniusz –Jak możesz?!

No co?! Doprawdy! Przecież taką decyzję trzeba uszanować!

A może, gdy z nami pójdzie już nie będzie się chciał zabijać? –zauważyła Augustynka.

Naprawdę… wszystko mi jedno… mogę z wami iść… -powiedział Niedźwiedź –Daleko to?

No cóż… -mruknął Porucznik –Przeszliśmy już Długą Wieś, Ogromny Las… Hm… zostało nam więc tylko

Głębokie Jezioro!

O, to już chyba niedaleko –stwierdził Niedźwiedź –Jedno głębokie jezioro widziałem z drugiej strony Lasu.

Naprawdę? To znakomicie! –ucieszyła się Augustynka –Warto żyć dla takich chwil!

Czy ja wiem… -zamruczał ponuro Niedźwiedź i pogrążył się w swoim smutku.

Kiedy zwierzęta wyszły z Ogromnego Lasu słońce było już przy końcu drogi.

Jak pan myśli, panie Odrobinka czy zdążymy dojść do Głębokiego Jeziora przed nocą? –zapytał Porucznik.

Raczej nie… -odparł Niedźwiedź –Chyba będziemy musieli gdzieś wcześniej przenocować…

Tylko gdzie? –przeraził się Eugeniusz –Wszędzie odkryta przestrzeń!

Za tamtym pagórkiem jest mała, lekko zalesiona polanka…

Ale czy bezpieczna, panie Odrobinka? –zapytał znowu Porucznik.

Hm… trudno powiedzieć… -odparł Niedźwiedź i poczłapał przed siebie, zostawiając Porucznika w rozterce.

Kiedy doszli na miejsce na niebie wisiały już pierwsze gwiazdy.

Och! –zawołał Eugeniusz, rozglądając się po polance –Wspaniałe miejsce na nocleg!

Ale Porucznik pisnął ostrzegawczo, a potem wskazał łapką na róg polanki, nieopodal kilku małych brzózek.

Co to takiego? –zapytał Eugeniusz.

No przecież widać! –odpowiedziała Elżbieta.

Ja nie widzę! –ćwierknął zdenerwowany Ptak –Z dołu nie widzę!

Ojej! Ognisko! –kwiknęła Augustynka.

Jakie tam ognisko! –bzyknęła lekceważąco Elżbieta –Góra nie dogaszonego popiołu i tyle.

Chyba nie jesteśmy sami… -kwiknęła znowu Świnka i przytuliła się do Niedźwiedzia.

E tam! Świńskie gadanie! –krzyknęła Mucha –Jako że jestem najodważniejsza, najszybsza, najbardziej wiarygodna i w przeciwieństwie do niektórych… -tu spojrzała na Eugeniusza –doskonale umiem latać, udam się teraz na zwiady.

Eugeniusz odwrócił się urażony i zaczął szemrać coś z wyraźnym niezadowoleniem.

Tylko bądź ostrożna! –zawołała Augustynka.

Doprawdy! Ostrożna! Ja zawsze jestem ostrożna! –parsknęła Elżbieta i śmiało pofrunęła w kierunku ogniska. Chwilę potem znikła z pola widzenia.

Jak myślicie, wróci? –zapytał Niedźwiedź –Bo jeśli nie to chciałbym wiedzieć, jak umarła. Może i ja mógłbym wykorzystać ten sposób…?

Ależ, panie Odrobinka! –pisnął karcąco Porucznik.

Niedźwiedź opadł niezdarnie na trawę.

Jestem pewien, że wróci –powiedział Eugeniusz –Wredny z niej owad, ale strasznie uparty i waleczny. Poza tym, przyznaję to niechętnie, doskonale lata… Gdybym ja potrafił tak latać…

Jak to?! To ty nie umiesz latać?! –zdziwił się Niedźwiedź.

No… e… właściwie to… to nie bardzo… -odparł zawstydzony Eugeniusz.

Hm… dziwne… Pierwszy raz spotykam ptaka, który nie umie latać… Hm… naprawdę dziwne…

Dziwne? Ale w jaki sposób? –dopytywał się Eugeniusz.

Czy ja wiem…? Dziwne w taki oryginalny sposób…

Oryginalny? Naprawdę? Oryginalny? A więc jestem oryginalny! Słyszeliście? Jestem oryginalny! –ćwierkał uradowany Ptak.

Proszę spojrzeć! –zawołał Porucznik –Pani Elżbieta wraca!

Eugeniusz zamilkł i skupił wzrok na Musze.

Droga wolna! –zawołała Elżbieta, przelatując nad głowami zwierząt –Nikogo nie ma. Ktoś rzeczywiście nie dogasił ognia, no ale to całkiem dobrze. Przynajmniej będziemy mogli się trochę rozgrzać.

Wcale nie jest zimno… –zauważył Niedźwiedź.

Może tobie nie! –bzyknęła urażona Mucha –Zaraz zrobi się bardzo ciemno i my, mniejsze i delikatniejsze zwierzęta zaczniemy marznąć na otwartym terenie!

No to może poszukajmy jakiegoś drewna, by podtrzymać ogień –zaproponowała Augustynka.

Wszystkie zwierzęta, prócz Porucznika, który został przy ognisku, dmuchając co jakiś czas w gasnące płomienie rozeszły się po okolicy. Kiedy wróciły Porucznik zawołał uradowany:

W środku jest kilka upieczonych ziemniaków!

Fantastycznie! –ćwierknął Eugeniusz –Ile?

Akurat pięć! Czy to nie cudowne?

Rzeczywiście! –bzyknęła Mucha, a potem spojrzała podejrzliwie na resztę –Dzielimy się po równo!

Ja chętnie zrzeknę się mojego… -powiedziała cicho Augustynka.

Dlaczego?! –zdziwił się Niedźwiedź.

Mucha błyskawicznie podfrunęła pod jego ucho.

Tej małej pęka serce… -stwierdziła, a potem rzuciła się na upieczonego ziemniaka.

Po skończonej kolacji zwierzęta usiadły wokół ogniska. Niedźwiedź przysunął się nieśmiało do Augustynki i zapytał:

O co właściwie chodzi z tym pękającym sercem?

O miłość, a o cóż by innego? –odpowiedział Eugeniusz, uprzedzając Świnkę.

Augustynka jest zakochana? –zapytał znowu Niedźwiedź.

Pewnie, że jest!

Bardzo?

Płonie jak to ognisko!

I przez to nie je?

Dokładnie przez to.

I nie ma na to rady?

Złamane serce to nie futerko! –zawołała Elżbieta –Nie można się go tak zwyczajnie pozbyć!

Pani Elżbieto! –pisnął Porucznik –Znowu wyczuwam kpinę w pani głosie!

W moim? Doprawdy, to niemożliwe!

Tak, w pani! I ma pani rację, to niemożliwe!

Ech… Jaki ten świat koszmarny… -zauważył Niedźwiedź –Nieszczęśliwie zakochane świnki… Ptaki, które nie latają… I norki bez futerek… Hm… Poruczniku, czy brak futerka może doprowadzić do śmierci?

Myślę, że wprost przeciwnie –powiedział Porucznik –Właśnie po to pozbyłem się futerka, aby uniknąć śmierci z rąk kłusowników.

Kłusownicy? –zamyślił się Niedźwiedź –No tak! Na niedźwiedzie też polują, prawda?

Tak –przyznał Porucznik –Ale nie dla futerka. To znaczy myśliwi czasem zatrzymują skórę, ale nie z takich samych powodów, z jakich zatrzymaliby moje futerko.

Och! Co tam powód! –ryknął Niedźwiedź –Czy nie wie pan przypadkiem, panie Poruczniku, gdzie można znaleźć takiego myśliwego?

O, to nie takie proste! Trzeba najpierw trafić na sezon.

Sezon?!

Tak. Sezon polowania na niedźwiedzie –Porucznik zaczął obliczać po cichu czas polowań na dzikie zwierzęta –Według moich obliczeń… hm… wydaje mi się, że teraz jest sezon na latarnie uliczne…

Na latarnie uliczne?! –zdziwił się Niedźwiedź –A na co komu latarnie uliczne?

Otóż, widzi pan, panie Odrobinka, jakiś czas temu wymyślono konkurs, którym jest właśnie polowanie na latarnie. Uczestnicy tego konkursu muszą nocą schwytać wszystkie świecące latarnie, aż zrobi się zupełnie ciemno. Kto schwyta najwięcej dostanie w nagrodę prawdziwą latarnię morską i będzie mógł tam mieszkać przez cały rok, aż do kolejnego polowania. Tydzień przed sezonem zwycięzca sprząta całą latarnię na przyjście nowego zwycięzcy. Słyszałem, że ktoś wygrał te zawody dwadzieścia dwa razy z rzędu i mieszkał tam przez dwadzieścia dwa lata, aż uczestnicy stracili nadzieję na to, że latarnia kiedykolwiek zmieni właściciela i właśnie od tego czasu każda osoba może konkurs wygrać tylko raz.

Hm… nie miałem o tym pojęcia!

Ani ja… -bzyknęła kpiąco Elżbieta, po czym znużona przycupnęła na listku brzózki.

Poruczniku…

Tak, panie Odrobinka?

Poruczniku… mam do pana prośbę. Czy mógłby mi pan dać znać, gdy przyjdzie sezon polowania na niedźwiedzie?

Ależ oczywiście! –pisnął Porucznik –Po to są przyjaciele!

Zadowolony Niedźwiedź usiadł obok Porucznika i wystawił łapy do ognia.

Eugeniuszu… -kwiknęła cicho Augustynka.

O co chodzi? –ćwierknął Ptak i podskoczył bliżej przyjaciółki.

Czy można umrzeć z miłości?

Hm… może, jeśli się bardzo kocha…? A co?

Tak sobie myślę… Może ja umrę z miłości…?

Prędzej z głodu…

Ale to by było jakby z głodu miłości…

Nawet gdyby, to pamiętaj, że zmierzamy do lepszego miejsca, a tam wszystko powinno się jakoś ułożyć.

Augustynka uśmiechnęła się do Eugeniusza.

Zresztą… -dodał Ptak –Przecież masz mnie. Ja zawsze będę przy tobie.

Naprawdę?

Oczywiście!

Eugeniusz szturchnął Augustynkę dziobem, zachęcając, by podeszli bliżej Niedźwiedzia.

Dobranoc, panie Odrobinka –pisnął Porucznik i wtulił się w ciepłe futro przyjaciela –Niedźwiedzie na noc!

To by dopiero było… –zauważyła Elżbieta.

Dobranoc, panie Poruczniku –zawołał Niedźwiedź –Niech się panu przyśni futerko…

Wolałbym sobie nie robić aż tak wielkich nadziei –odparł Porucznik.

W takim razie niech się panu przyśni cieplejsze ubranko.

O, dziękuję. Naprawdę, to miło z pana strony. A panu niech się przyśni nowa praca.

Wolałbym sen o grubszej gałęzi.

No cóż… Niech więc będzie sen o grubszej gałęzi… Ranne niebo zasłoniły szare, deszczowe chmury.

O, pada… -stwierdził Niedźwiedź i podniósł się z legowiska –To będzie fantastyczny dzień… Idealny wręcz na samobójstwo.

Szkoda, że nie pilnowaliśmy ognia… -westchnął Eugeniusz.

Doprawdy! Gorzej chyba być nie może! –bzyknęła Elżbieta i sfrunęła z listka brzózki. Zgrabiała z zimna leciała przed siebie, nie zwracając uwagi na to, co dzieje się dookoła, gdy wtem wpadła wprost do paszczy ziewającego Niedźwiedzia. Nie zauważywszy drobnego owada Niedźwiedź połknął ją w całości.

Ten rzęsisty deszcz całkowicie zasłania nam widoczność –powiedział Porucznik –Jak pan myśli, panie

Odrobinka czy uda nam się odnaleźć właściwą drogę?

E… nie wydaje mi się… -odparł ponuro Niedźwiedź.

Co więc mamy robić?

Czy ja wiem…?

Hm… może jak zwykle pójdziemy przed siebie? –zaproponował Eugeniusz –Do tej pory to się sprawdzało.

Ma pan rację, panie Eugeniuszu! –zapiszczał walecznie Porucznik –A pan, panie Odrobinka niech się nie martwi! Z czasem na pewno pańskie niedźwiedzie zmysły przebudzą się z chwilowego odrętwienia, by wskazać nam właściwą drogę!

Tak… e… wszystko jedno… Chwilę później zwierzęta były gotowe do drogi. Porucznik zerwał duży liść dzikiego rabarbaru i szczelnie obłożył nim swe wełniane ubranko. Eugeniusz nastroszył piórka, a potem wyrwał kilka z ogona i zrobił z nich małą parasolkę.

Czy ktoś widział Elżbietę? –zapytała Augustynka i zaczęła rozglądać się po polanie.

Chyba spała na jakimś liściu… -powiedział niepewnie Eugeniusz.

Porucznik podbiegł pod legowisko Muchy.

Nie ma jej! –stwierdził przerażony.

Zwierzęta zaczęły przeszukiwać wzrokiem okolicę.

Elżbieto! Elżbieto! –wołały.

W tej samej chwili Niedźwiedź poczuł dziwne brzęczenie w okolicy żołądka. Zdziwiony przysiadł na trawie i zaczął nasłuchiwać.

Tu jestem! –wrzasnęła Elżbieta –Tu! W Niedźwiedziu!

A! –krzyknął Niedźwiedź –Coś mnie ugryzło w żołądek!

Augustynka podbiegła pod niedźwiedzi brzuch i zapytała:

Elżbieto, to ty?!

A niby kto?! –odpowiedział stłumiony głosik Muchy.

Co ty tam robisz?! –zapytał Eugeniusz.

No to jest chyba najgłupsze pytanie, jakie mogłeś mi w tej chwili zadać! –krzyknęła rozwścieczona Mucha.

Więc jak to się stało?! –dopytał Porucznik.

A jak myślisz?! Ten Niedźwiedź mnie połknął!

Nie! To nieprawda! –zawołał Niedźwiedź –Wcale jej nie połknąłem! Przynajmniej na pewno nie specjalnie…

O nie! –ćwierknął Eugeniusz –No to po prostu skandal! On zjadł Elżbietę!

Ojej! –kwiknęła Świnka.

Wcale jej nie zjadłem! Może niechcący…

Niechcący? Niechcący?! –powtórzył Eugeniusz –Niechcący wpadła ci do gardła, tak?

No właśnie! –przyznał Niedźwiedź –Może ziewnąłem i tak jakoś… się porobiło…

Tak jakoś? Tak jakoś?! Wypluj ją w tej chwili!

Nie! –wrzasnęła Mucha –Żadnego plucia! Dość tej zniewagi! Sama wyjdę!

Panie Odrobinka, niech pan szeroko otworzy paszczę –zalecił Porucznik.

Niedźwiedź otworzył paszczę, ale zaraz potem zamknął ją z powrotem. Westchnął dwa razy i powiedział:

Ale skoro Elżbieta już tam jest…

Co pan sugeruje, panie Odrobinka? –zapytał zaniepokojony Porucznik.

No, Elżbieta mogłaby mi pomóc… no wiecie… umrzeć…

Co to, to nie! –zawołała oburzona Mucha i zaczęła obijać się o wnętrzności Niedźwiedzia –Nigdy!

Wypuście mnie w tej chwili!

Ale… ale… gdyby choć cokolwiek… -Niedźwiedź nie dawał za wygraną –Cokolwiek! Krwotok z żyły albo przedziurawienie jakiegoś narządu… albo przyblokowanie krtani… zgadzam się na każde cierpienie.

Ale ja się nie zgadzam! –zawołała Mucha –Jeśli to się w ogóle źle skończy to zapewne dla mnie! Utopię się w krwi albo uduszę z braku powietrza!

Pani Elżbieta ma rację… -pisnął Porucznik –To zbyt ryzykowne… Załamany Niedźwiedź spuścił głowę. Z jego prawego oka wypłynęły dwie ogromne łzy i ześlizgnęły się po pysku, lądując na głowie Porucznika. Otulone liściem rabarbaru zwierzątko niepostrzeżenie starło łzy z ubranka i poklepało łapę zmartwionego przyjaciela. Zaraz potem Niedźwiedź otworzył paszczę, a Eugeniusz przezornie włożył mu między szczęki kilka cieniutkich patyczków, żeby nie zamknął jej za wcześnie.

A mówią, że jak się ma przyjaciół to można czuć się bezpiecznie! Doprawdy! Co za bzdura! –bzyczała

Elżbieta, wspinając się po przełyku. Wywoływała przy tym tak silne swędzenie, że na wszelki wypadek Porucznik wdrapał się na pysk Odrobinki i w odpowiednim momencie zatykał mu nos, by nie wyrzucił Muchy podczas kichnięcia.

Jak śmiałeś?! –wrzasnęła po wyjściu, zadając Niedźwiedziowi cios prosto w oko.

Niedźwiedź stracił na chwilę wzrok, a potem zaczął płakać.

Przepraszam… -wybełkotał –Jestem taki okropny… Taki bezużyteczny… Na dodatek krzywdzę inne zwierzęta… Moich drogich przyjaciół, którzy zgodzili się zabrać mnie do innej, lepszej krainy… Jestem taki podły…

A żebyś wiedział! –bzyknęła Mucha, oczyszczając skrzydełka z niedźwiedziej śliny.

Niedźwiedź wstał z mokrej ziemi, poczłapał w kierunku miejsca, gdzie jeszcze wieczorem płonęło ognisko i opadł na trawę, nie przestając łkać.

Idźcie dalej beze mnie… –mruknął –Nie jestem wam do niczego potrzebny…

Ależ panie Odrobinka! –pisnął Porucznik –Niezależnie od tego, co pan zrobił wciąż jest pan naszym przyjacielem!

Mucha zbladła.

Co?! –zawołała oburzona.

Właśnie! –ćwierknął Eugeniusz –Nie zostawimy cię!

Nigdy! –dodała Augustynka.

No coś podobnego! Doprawdy! –bzyknęła wstrząśnięta Elżbieta –Ależ to skandal! Przecież ja tu jestem najbardziej poszkodowana! Co z wami?!

Uspokój się, Elżbieto! –krzyknął Eugeniusz –Nie widzisz, że on jest na krawędzi?

Na krawędzi?! –Mucha zrobiła wielkie oczy –A ja to niby gdzie przed chwilą byłam? Za rogiem?!

Och, przecież nic złego ci się nie stało!

Nic złego? Nic złego?!

Ale zwierzęta przestały zwracać uwagę na awanturującą się Elżbietę i zaczęły pocieszać Niedźwiedzia. Mucha zawisła nieruchomo w powietrzu, ale nadmiar nie zdjętej niedźwiedziej śliny szybko ściągnął ją ku ziemi.

Doprawdy! –zakończyła rozwścieklona –I pomyśleć, że miałam taką okazję go załatwić!

Po południu zaczęło padać tak gwałtownie, że ścieżka, którą szły zwierzęta znikła pod wodą. Przesiąknięta nią ziemia zamieniła się w gęste błoto.

Hm… -chrumknęła Świnka.

Co tam, Augustynko? –zapytał Eugeniusz.

Hm… -powtórzyła –To dziwne… nigdy nawet nie dotknęłam błota, a teraz czuję… hm… że to całkiem przyjemne… Elżbieta podfrunęła bliżej Świnki i zdziwiona bzyknęła:

Błoto?! Przyjemne?! Ta brązowa, jak Niedźwiedź Odrobinka, obrzydliwie kleista, jak zawartość jego żołądka substancja ma być przyjemna?! Doprawdy! To niemożliwe! Zbyt wiele ma wspólnego z tym potworem!

Hm… sama nie wiem dlaczego –powiedziała Augustynka i zaczęła wodzić racicą po błocie –Ale gdy tak sobie idę… zupełnie to… miłe, takie lepkie i miękkie, nawet trochę jakby jedwabiste…

Jedwabiste?!

Elżbieta zbliżyła się do ziemi, usiadła na niewielkiej grudce błota i zaczęła badać ją przednimi odnóżami. Chwilę później podfrunęła pod głęboką kałużę i bez głębszego zastanowienia wskoczyła do środka.

Augustynko! –zawołała, wychylając głowę –Masz całkowitą rację! Ta ciecz jest fantastyczna!

Wiedziałam! –kwiknęła Świnka i wskoczyła za Muchą do kałuży.

Augustynka i Elżbieta zaczęły taplać się w błocie, od czasu do czasu obryzgując nim pozostałe zwierzęta.

Ale zabawa, prawda Elżbieto? –krzyknęła Świnka, wystawiając zabłocony ryjek.

Doprawdy! Nigdy bym nie przypuszczała! Świnie jednak wiedzą, co dobre!

Ech… -mruknął Niedźwiedź –A ja to bym się chciał po prostu zabić… Późnym popołudniem nareszcie przestało padać. Zadowolona Augustynka maszerowała za Eugeniuszem, niosąc na grzbiecie oblepioną błotem Elżbietę, która miała tak posklejane skrzydełka, że nie mogła latać.

Poruczniku… -zaczął Niedźwiedź –A właściwie, dlaczego nazywasz się „Porucznik”?

Och, to mój wojskowy stopień –odpowiedział dumnie Porucznik, rozluźniając kołnierz wełnianego ubranka.

Służyłeś w wojsku? –zapytała Mucha.

Tak, w FAN –odparł Porucznik.

FAN? A co to jest? –zdziwił się Eugeniusz.

Futerkowa Armia Niskich.

Futerkowa Armia Niskich?! –zawołały zwierzęta.

Tak, pod dowództwem marszałka Norki.

Zwierzęta obrzuciły Porucznika badawczym spojrzeniem, a potem tym samym spojrzeniem zaczęły obrzucać siebie nawzajem.

To było dawno temu, zanim zdecydowałem się wieść samotne życie na pustkowiu, z dala od moich najbliższych, no i oczywiście bez futerka… -wyjaśnił Porucznik.

A czy w tej Armii były jakieś przypadki samobójstw albo chociaż morderstw? –zapytał Niedźwiedź.

Ależ skąd! –oburzył się Porucznik –W Futerkowej Armii Niskich wszyscy żyliśmy w zgodzie i głębokim poszanowaniu!

Szkoda… -mruknął Niedźwiedź –Znikąd praktyki…

A czy stoczył pan jakąś walkę? –zapytała Augustynka.

Porucznik zdarł z siebie górę ubranka, zarzucił ją na grzbiet i pisnął z głęboką powagą:

Najsłynniejszą w tamtym czasie!

Ojej! –kwiknęła Świnka –Naprawdę?

Słyszeli państwo o Wielkiej Wojnie pod Spadzistymi Żołędziowcami?

Zwierzęta zamilkły na chwilę, a potem odparły zgodnie:

Nie.

O –pisnął rozczarowany Porucznik –Naprawdę nie słyszeli państwo?

Nie…

To była bardzo głośna bitwa. Właśnie podczas niej zostałem mianowany na porucznika, będąc przedtem starszym chorążym sztabowym.

Ale to dwa stopnie wyżej! –zauważył Eugeniusz.

No właśnie –przytaknął Porucznik –Nie chwaląc się moje zasługi były naprawdę ogromne.

A z kim w ogóle walczyliście? –zapytała Elżbieta, która właśnie zaczęła czyścić zabłocone skrzydełka, ocierając je o szczecinę Augustynki.

Z nieustraszoną Armią Rudokitnych.

Z kim?!

Z Armią Rudokitnych… -powtórzył Porucznik –O nich też państwo nie słyszeli?

Nie bardzo… -odpowiedział nieco zakłopotany Eugeniusz.

Armia Rudokitnych to najsilniejsza, poza nami, oczywiście armia wiewiórek Lasu Cisowego.

Jakiego lasu?!

Tego, który znajduje się obok gospodarstwa pani Augustynki –wyjaśnił Porucznik.

To nie żaden las! Ot, kilka drzew na krzyż! –zawołała Elżbieta.

Skąd pani wie?! –oburzył się Porucznik –Przecież nigdy pani tam nie była!

Och, w pewnym momencie życia osiąga się taką dojrzałość, że niektóre rzeczy można sobie wyobrazić – odparła spokojnie Elżbieta, strzepując sproszkowane błoto z nóżek –No, ale o co była ta bitka?

Nie żadna „bitka”, tylko najprawdziwsza, krwawa wojna wiewiórek z norkami! –odparł rozdrażniony

Porucznik.

Jak to „krwawa”? –wtrącił Niedźwiedź –Przecież mówił pan, że nie było żadnych morderstw.

No bo nie było! To znaczy były, ale nie tak, jak pan myśli…

Jak to nie tak, jak myślę? Morderstwo, to morderstwo!

To była wojna! Nigdy nie słyszał pan o śmierci na wojnie?

Słyszałem o różnych rodzajach śmierci. Właściwie to każdy rodzaj morderstwa jest dla mnie dobry, pod warunkiem, że oczywiście prowadzi do zgonu.

W porządku! Idźmy dalej –przerwała Mucha –O co była ta wojna?

O doroczny zbiór orzechów –powiedział z dumą Porucznik.

O co?!

O… doroczny… zbiór… orzechów… -powtórzył Porucznik, tracąc resztę pewności siebie.

Mucha chwyciła się za brzuch i opętana dzikim atakiem śmiechu spadła z grzbietu Augustynki.

Nie wytrzymam! –zawołała –Chyba padnę ze śmiechu! O doroczny zbiór orzechów! Doprawdy! Trzymajcie mnie!

A co cię będziemy trzymać! –ćwierknął Eugeniusz –I tak już spadłaś na ziemię!

Co za podłość! –pisnął Porucznik, czerwieniąc się ze złości –Znowu się pani ze mnie naśmiewa!

Przepraszam… -przerwał Niedźwiedź –Czy mógłbym zapytać jeszcze o te morderstwa?

A dałbyś wreszcie spokój! –bąknął Eugeniusz –Jak nie samobójstwa to morderstwa! To jakaś obsesja!

Ale gdyby Porucznik mógł zdradzić choćby najmniejszy szczególik…

Jaki znowu „szczególik”? –zapytał Porucznik.

No, na przykład, jak bardzo muszą być rozwścieczone wiewiórki, żeby rzucić się na niedźwiedzia?

Co?!

Albo… albo, ile statystycznie wiewiórek przypada na jednego niedźwiedzia w czasie bitwy?

Ale dlaczego wiewiórki miałyby walczyć z niedźwiedziami? –zapytała Augustynka.

A dlaczego nie? Z norkami walczyły.

O doroczny zbiór orzechów! –zakończyła Mucha i znowu zaczęła się śmiać. Eugeniusz odepchnął ją skrzydełkiem.

Hm… -mruknął –Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby wiewiórka walczyła z niedźwiedziem…

Niech pan nie będzie taki pewny, panie Eugeniuszu –powiedział Porucznik –Wiewiórki, które ja znam potrafiłyby pokonać niejednego niedźwiedzia.

Takiego, jak ten na pewno! –bzyknęła rozochocona Mucha.

Nie przesadzaj, Elżbieto! Niedźwiedź Odrobinka to olbrzymi niedźwiedź –zauważyła Augustynka.

Olbrzymi, owszem. Ale daję głowę, że wystarczyłaby jedna mała mucha, mniejsza ode mnie, by ta czteronożna atrapa groźnego zwierza pomyślała, że lepiej się zabić niż stanąć z nią oko w oko.

O, przepraszam –warknął Niedźwiedź –Nie jestem tchórzem!

Oczywiście, że jesteś! –bzyknęła stanowczo Mucha –Jesteś największym tchórzem na świecie! No, może oprócz tego Ptaka, który boi się zwykłego lasu…

Hej! –zaprotestował szybko Eugeniusz, ale niewzruszona Mucha mówiła dalej:

Te zwierzęta mają swoje problemy, a jednak starają się im zaradzić, a ty co robisz? Poddajesz się!

Wcale się nie poddaje! Też próbuję zaradzić mojemu problemowi.

A niby jak?! Przez samobójstwo?

To właśnie jest rozwiązanie mojego problemu.

Akurat! To żadne rozwiązanie! To poddanie się! Ty tchórzu!

Przestań! –warknął znowu Niedźwiedź –Nie nazywaj mnie tak!

Tchórz! –powtórzyła Mucha, a potem zaczęła podskakiwać na ziemi, wciąż nie mogąc wzbić się w górę.

Eugeniusz stanął między nimi, usiłując ich uciszyć. Augustynka również próbowała włączyć się do rozmowy, ale gdy Porucznik zaczął krzyczeć zapomniała o wszystkim, o czym zamierzała powiedzieć i stuliła uszy.

Jak można być takim tchórzem? –wołała Elżbieta –Nawet ta Świnia jest odważniejsza od ciebie, bo wiadomo, że nie ma większego bólu od złamanego serca! Zresztą, co tam Świnia! Ta łysa Norka…

Tego już za wiele! –pisnął Porucznik –Jeśli jeszcze raz mnie pani obrazi, to…

To co?!

To… to… to pożałuje pani tego!

Patrzcie, jak się boję! –zadrwiła Mucha –Prawie tak bardzo, jak tego Niedźwiedzia!

Ale Niedźwiedź już nikogo nie słuchał. Podniósł się powoli z trawy, stanął na tylnych łapach i ryknął nagle z tak ogromną siłą, że przestraszone zwierzęta padły na ziemię. Chwilę potem usiadł na trawie i zaczął rozglądać się dookoła.

Nareszcie… -powiedział, dostrzegając w oddali Głębokie Jezioro.

Przerażone zwierzęta wciąż leżały na ziemi. Dopiero, gdy Niedźwiedź wstał z trawy i zaczął iść w kierunku Jeziora odważyły się podnieść wzrok.

Słyszeliście to? –zapytał szeptem Eugeniusz, pełznąc w kierunku pozostałych.

Urzeczony widokiem Niedźwiedź przechadzał się po okolicy. Co pewien czas zrywał jeden z rosnących wokoło kwiatków i dołączał go do układanego bukietu.

Podejdźcie! –krzyknął –Jak one pięknie pachną!

Odbiło mu! –bzyknęła zdezorientowana Mucha, wyczołgując się spod ucha Augustynki.

Zwierzęta zbliżyły się do Niedźwiedzia, który teraz stał oparty o sosnę i wsłuchiwał się w śpiew skowronka.

Posłuchajcie, jak on cudownie śpiewa… -powiedział –Eugeniuszu, dlaczego nigdy nie słyszałem twojego śpiewu?

Eugeniusz jęknął zaskoczony.

Ja… -zaczął.

No dalej! –zawołał łagodnie Niedźwiedź.

Ale…

Tylko mi nie mów, że śpiewać też nie potrafisz.

O tak, tak! Oskubmy go jeszcze z piór! –zawołała rozbawiona Elżbieta i zamiast trącić porozumiewawczo

Augustynkę trąciła przypadkiem Porucznika, który natychmiast spojrzał na nią tak, jak wymagała tego sytuacja.

Zaśpiewaj dla mnie, Eugeniuszu… -poprosił znowu Niedźwiedź

Eugeniusz wyprostował się, nabrał powietrza i zaczął śpiewać. Jego urzekający trel wypełnił całą okolicę, wlewając radość i nadzieję w serca zwierząt.

Bajecznie… -westchnął Niedźwiedź, zbliżając się do Jeziora –Spójrzcie… Jaka błękitna woda… O! Widzę rybkę…

Tak… -przyznał Porucznik –To idealne miejsce na wypoczynek.

I na kąpiel! –dodała Augustynka.

I na przepierzenie! –wtrącił Eugeniusz.

Prze… co?! –zakpiła Mucha.

I na śmierć! –zawołał Niedźwiedź, a potem rzucił się w kierunku wody.

Ojej! –kwiknęła Augustynka i pobiegła za Niedźwiedziem.

Ależ panie Odrobinka! –pisnął Porucznik i pobiegł za Augustynką.

Trzymajcie go! –ćwierknął Eugeniusz i pobiegł za Porucznikiem.

Ale Niedźwiedź był już przy brzegu. Nie zwracając uwagi na słowa przyjaciół wskoczył do Jeziora i… wylądował na dnie najpłytszej części, która nie zakryła go nawet w połowie. Woda rozbryznęła się na wszystkie strony, ochlapując znieruchomiałe ze zdziwienia zwierzęta.

Coś mi się zdaje, że jednak wszystko z nim w porządku… -powiedziała znudzona Elżbieta –Zmęczyłam się… Idę popływać.

Mucha kiwnęła na Augustynkę, zachęcając ją do wspólnej kąpieli w Jeziorze, ale zszokowana Świnka niczego nie zauważyła więc Elżbieta samotnie odpełzła w stronę brzegu. Niedźwiedź podniósł się z zakamuflowanego błotem dna i zaczął masować obolałe części ciała.

Nie mogę w to uwierzyć…! –zawył –Znowu mi się nie udało…!

Eugeniusz odchrząknął delikatnie, spoglądając niepewnie na Niedźwiedzia i szepnął do Augustynki:

To trochę głupie, tak się rzucać na płytkie jezioro…

Tak, ale miało być głębokie… -zauważyła Świnka.

Masz rację. Głębokie Jezioro…

Jakkolwiek by nie było z całą pewnością nie jest głębokie w tym miejscu –zakończyła Augustynka.

No po prostu nie mogę w to uwierzyć! –szlochał Niedźwiedź.

Ojej, no to nie pańska wina, panie Odrobinka! –powiedział Porucznik –To te niesprzyjające okoliczności.

Wszystko to wokoło takie rozpraszające.

Właśnie ze względu na okoliczności zamierzałem się tutaj zabić. Doskonała aura! Nie sądzę, by komuś udało się znaleźć lepsze miejsce na zakończenie życia.

Właściwie to masz rację –przyznał Eugeniusz i przymrużył powieki –Wspaniały krajobraz i świeże powietrze…

Aha! –kwiknęła Świnka –Idealny widok przed śmiercią.

Nie rozczarowuje! –podsumował Eugeniusz.

I nie zniechęca! –zakończyła Augustynka.

Racja! Jakby na to nie patrzeć –pisnął Porucznik –wcale niezła perspektywa… Hm… zastanawiam się, czy sam nie powinienem zakończyć tu paru rzeczy…

O przepraszam bardzo! –zaprotestował stanowczo Niedźwiedź –Ja to miejsce pierwszy zaklepałem!

Tak… trzeba przyznać, że masz gust! –ćwierknął Eugeniusz.

Więc dlaczego mi się nie udało?! –zaryczał Niedźwiedź.

Widocznie to nie był jeszcze pański czas, panie Odrobinka –stwierdził Porucznik –Wielu czeka na takie warunki.

Tak, tak! –zgodził się Eugeniusz –Nie jednemu marzy się poetycki zgon.

Och, dajcie spokój! –krzyknął Niedźwiedź –Przecież jesteście moimi przyjaciółmi! Pomóżcie mi się zabić!

Zwierzęta zaniemówiły. Eugeniusz oparł się o Augustynkę, Augustynka oparła się o Porucznika więc obciążony Porucznik upadł na trawę. Kiedy Świnka pomagała mu wstać w oddali rozległ się jakiś straszliwy bzyk.

Ojej, patrzcie! –kwiknęła Augustynka –To Elżbieta!

Przerażona Mucha biegła w ich stronę, uciekając przed czymś dużym i zielonym. Usiłowała poderwać się do lotu, ale nie mogła tego zrobić, ponieważ mokre skrzydełka plątały jej odnóża. Bzyczała więc najgłośniej, jak potrafiła, wzywając pomocy. Na jej szczęście zielone coś potknęło się o wystający kawałek trzciny i runęło na ziemię. Ledwo żywa Mucha wskoczyła za Niedźwiedzia i przyczepiła się do jego futra.

Coś podobnego! Doprawdy! –zabzyczała –Coś podobnego!

Napastnik wstał z trawy i zaczął rozglądać się dookoła.

Hm… nie widzieliście przypadkiem muchy? –zapytał.

Skandal! –zawołała Elżbieta –No po prostu skandal!

A coś ty za jeden? –zapytał Eugeniusz.

O, przepraszam. Jestem Albin Żabiszoł. Ma się rozumieć jestem płazem, a ściślej mówiąc ropuchem.

Żabiszoł?! –zdziwiła się Augustynka.

To mój pseudonim sceniczny –wyjaśnił Ropuch –Koniecznie z akcentem na „i”.

Jest pan artystą? –zapytał Porucznik.

Ależ oczywiście! –odpowiedział Ropuch –Co prawda wciąż jeszcze nie odkrytym, ale już niebawem moje nazwisko będzie zdobić szyldy oper na całym świecie!

A więc jest pan śpiewającym artystą.

Jasne! –zawołał Ropuch, a potem odchrząknął, stanął na tylnych płetwach i zaśpiewał: Gdy jesteś sam, jak smutny cień

i z mdłego snu nie możesz wyjść gdy wszystko, co masz, to zły dzień nie płacz! polub to, co ma przyjść! koniec twój zaplanowany wciąż dostajesz packą w oczy i nie czujesz się kochany pomyśl: los jeszcze zaskoczy! trudno. nie potrzebne futro zdrowszy spacer, niż latanie popatrz w przyszłość, to już jutro najpiękniejsze jest czekanie! Augustynka kwiknęła, Niedźwiedź mruknął, Eugeniusz ćwierknął, Porucznik pisnął, a Elżbieta zmarszczyła brwi, nienawistnie zezując na Ropucha.

Hm… czy ktoś coś z tego zrozumiał? –zapytał po chwili Porucznik i odwrócił się w stronę Eugeniusza.

Ja tam nie mam rozeznania –stwierdził Eugeniusz –Dotąd nie słyszałem żadnej śpiewającej żaby.

Ropucha! –poprawił go Albin –Śpiewającego ropucha!

Tak więc, jak masz zamiar, Ropuchu…

Och, wolałbym, gdybyście używali mojego pseudonimu scenicznego –powiedział Albin.

Więc jak masz zamiar, Albinie Żabiszoł zdobyć wszystkie opery na świecie?

Przepraszam… nie chciałbym się powtarzać… Żabiszoł z akcentem na „i”…

O, to ja przepraszam, Albinie Żabiszoł… -ćwierknął zawstydzony Eugeniusz.

To proste! –odparł Albin –Mam zamiar wyruszyć do jakiegoś wielkiego miasta!

Niezły pomysł! –przyznał Porucznik.

O nie! Tylko nie to! –bzyknęła oszołomiona Mucha, dławiąc się niedźwiedzią sierścią –Zaraz mu zaproponują, żeby poszedł z nami!

Augustynka podeszła bliżej Ropucha i przysiadła obok niego na trawie.

My właściwie też jesteśmy w podróży… -oznajmiła.

Naprawdę? –zainteresował się Albin –A nie zmierzacie przypadkiem w kierunku jakiegoś wielkiego miasta kariery?

Tego, szczerze mówiąc nie wiemy… -odpowiedział Porucznik –Idziemy przed siebie…

Przed siebie?! Tak po prostu przed siebie?! Bez celu?!

O nie! –kwiknęła Świnka –Cel mamy! Jak najbardziej! Idziemy do lepszej krainy.

Lepszej? –zdziwił się Albin –A od czego lepszej?

No, od tego, gdzie się znajdujemy teraz –wyjaśnił Eugeniusz

Aha… A czy w tej lepszej krainie można zrobić karierę? Bo widzicie, ja właściwie nie znam żadnego karierowego miasta… Bo… bo wiecie… ja jeszcze nigdy stąd nie wyjeżdżałem…

Ojej! –zawołała Augustynka –Naprawdę?

Jakoś nie było okazji…

No to niech pan idzie z nami –powiedział po chwili namysłu Porucznik –Jestem pewien, że tam, dokąd zmierzamy znajdzie się szczęście dla każdego z nas.

A nie mówiłam?! –zabzyczała wściekle Mucha.

Mówiłaś –przytaknął Niedźwiedź.

Nie całkiem jeszcze sucha Elżbieta wgramoliła się na niedźwiedzi pysk. Jej odnóża łaskotały Odrobinkę w nos więc zaczął na niego dmuchać, usiłując się w ten sposób podrapać.

Dziękuję! –zawołał uradowany Ropuch i rzucił się na Porucznika.

Naprawdę nie ma za co! –zapiszczał Porucznik, próbując wyswobodzić się z ropuszych objęć.

Właściwie, to nie znam waszych nazwisk… -zauważył Albin, ocierając łzy wzruszenia.

O, rzeczywiście –ćwierknął Ptak, podając Ropuchowi prawe skrzydło –Jestem Eugeniusz Nielot, to

Porucznik Norka… obok Świnka Augustynka, Niedźwiedź Odrobinka i Elżbieta Bzycząca… Zaraz, zaraz… Gdzie jest Elżbieta?

Tutaj –mruknął Niedźwiedź i niechcący zdmuchnął Muchę z pyska. Sparaliżowana przebiegiem sytuacji

Elżbieta nie zdążyła rozłożyć skrzydełek i poturlała się wprost pod płetwy Ropucha.

O, jest moja muszka! –zawołał Albin i wyrzucił swój długi język, który błyskawicznie oplótł Muchę.

Nie! –ryknął Niedźwiedź, łapiąc Ropucha za szyję –Puszczaj Elżbietę!

Przygnieciony Albin natychmiast rozluźnił uścisk i pokiereszowana Elżbieta opadła na trawę. Eugeniusz i Porucznik rzucili się na Ropucha.

Prawdziwy z ciebie Albin Żabiszoł! –pokręcił głową Eugeniusz, przytrzymując Ropucha za tylne płetwy.

Szczerze zwątpiłem w sens zabrania pana z nami! –dorzucił Porucznik, grożąc Albinowi łapką.

Niedźwiedź chwycił Elżbietę za skrzydełka i położył ją z powrotem na swoim pysku.

No to po prostu nie do pomyślenia, żeby tak bez skrępowania, ni stąd, ni zowąd! –ćwierknął Eugeniusz i otarł mokre czoło.

Właśnie! –przyznał Porucznik –Na dodatek z przyjemnością!

Gdzie w ogóle jest Elżbieta? –zapytał Eugeniusz, odrywając się od Ropucha –Czy nic jej się nie stało?

Chyba nie… -odparł Niedźwiedź, zezując na swój nos.

Ropuch podniósł się z trawy i zaczął masować obolałą szyję.

Ojej, no ale właściwie co ja takiego zrobiłem? –zawołał.

Co zrobiłeś?! –oburzył się Eugeniusz – Jak to co zrobiłeś? O mało nie pożarłeś naszej przyjaciółki!

Co?! –zdziwił się Albin –Tej muchy?!

Tej Muchy! –powtórzył Porucznik –Jak pan mógł?!

Czy ja wiem…? Głodny jestem… Ostatnio żywiłem się samymi roślinami… Chciałem się odrobinę wzmocnić… Słyszałem, że od mięsa poprawia się głos… Zresztą, nie wiedziałem, że to wasza przyjaciółka.

Gdybym wiedział z pewnością bym jej nie zjadł. Eugeniusz spojrzał podejrzliwie na Ropucha i znowu złapał go za płetwy.

Morderca! –ćwierknął.

Niedźwiedź zastrzygł uszami.

Przepraszam bardzo –wtrącił żywo –Czy ktoś coś mówił o mordercach?

Ja mu wierzę –przerwała Augustynka.

Co?! –zdziwił się Porucznik.

Wierzę mu –powtórzyła Świnka –Każdemu mogło się zdarzyć.

Zjeść przyjaciela?!

Jeszcze się nie przyjaźnimy. A poza tym niedawno przeżywaliśmy już coś podobnego.

Ale to było przypadkiem! –zawołał szybko Niedźwiedź –Ziewałem i w ogóle…

Przykład Albina Żabiszoł też należy rozumieć jako przypadek –zakończyła Augustynka –Mógł przecież trafić na inną muchę.

Zwierzęta pogrążyły się w głębokiej zadumie. Najszybciej z niej otrząśnięty Porucznik podskoczył do Ropucha i zapytał:

Panie Albinie Żabiszoł, czy jest pan gotów uroczyście przysiąc, że nigdy, ale to nigdy więcej nie wyrządzi pan krzywdy Elżbiecie Bzyczącej, naszej wielkiej współtowarzyszce? Że będzie pan dla niej zawsze dobry, tak by mogła pana obdarzyć najszczerszą przyjaźnią?

Po mojej śmierci! –bzyknęła Mucha.

Ale najpierw będzie moja! –doprecyzował Niedźwiedź.

Ropuch próbował podnieść się z trawy, ale nie mógł tego zrobić, ponieważ wciąż przytrzymywał go Eugeniusz.

Puszczę cię dopiero, gdy przysięgniesz! –ćwierknął Ptak.

Ależ panie Eugeniuszu! –zaprotestował Porucznik –Przysięga musi być dobrowolna! Zresztą, pan Albin

Żabiszoł powinien przy tym podnieść lewą płetwę do góry, a prawą położyć na sercu.

No cóż… Ale będę cię miał na oku! –zagroził Eugeniusz, a potem puścił Ropucha.

No i co, panie Albinie Żabiszoł? –zapytał Porucznik.

Jestem gotów przysiąc –odparł Ropuch, a gdy to zrobił Porucznik odetchnął z ulgą.

Nareszcie wszystko jak w bajce –pisnął.

Ropuch uścisnął zwierzętom łapy. Elżbieta, ciągle jeszcze obrażona udała, że tego nie widzi i wtuliła się w sierść Niedźwiedzia. Niebo stopniowo zmieniało kolor na ciemniejszy. Zwierzęta postanowiły poszukać jakiegoś miejsca na nocleg.

A dlaczego wy właściwie szukacie tej lepszej krainy? –zapytał Ropuch, udając się w kierunku płytkiego bajorka, w którym miał zamiar spędzić noc.

Ponieważ tam, gdzie dotąd mieszkaliśmy nie wiodło nam się najlepiej –odpowiedziała ponuro Augustynka.

Mieliście problemy?

Niestety tak… -ćwierknął Eugeniusz.

Wszyscy?! –zdziwił się Ropuch.

Naturalnie! –pisnął Porucznik –Kto ich nie ma…?

Naprawdę?! Bo według mnie wyglądacie zupełnie normalnie. Ale oczywiście mogę się mylić. Nie wszystko widać od razu. Zwłaszcza, jeśli to problemy natury psychicznej. Cóż… nawet mi wyglądacie na emocjonalnie niezrównoważonych. Zwłaszcza po tej akcji z Muchą… Nieskore do tłumaczenia zwierzęta ułożyły się na trawie. Jednak zaintrygowany Ropuch pytał dalej.

A może najzwyczajniej za proste z was stworzenia, by samodzielnie uporać się z problemami, które was gnębią? Może ja mógłbym wam pomóc? Co wam właściwie dolega?

Augustynka spojrzała na Eugeniusza, Eugeniusz spoglądnął na Augustynkę, potem na Elżbietę, która również rzuciła okiem w jego stronę. Niedźwiedź westchnął tylko, nie patrząc na nikogo. W końcu najmniej zmęczony Porucznik powiedział:

Pan Eugeniusz nie lata.

No jak już się pan zdecydował mówić, panie Poruczniku to trzeba było zacząć od siebie! –oburzył się

Eugeniusz.

Ten… ptak?! –zapytał zdziwiony Ropuch i zakrztusił się wodą, którą właśnie płukał gardło.

Tak, ja! –odpowiedział dumnie Eugeniusz.

Och! –zawołał Ropuch –W takim razie, w jaki sposób dostawałeś się do gniazda?

Ja… nie mieszkałem w gnieździe…

A gdzie?

W opuszczonym, krecim kopcu.

Aha… Ale musiało w nim być strasznie ciemno!

E tam! –ćwierknął wesoło Ptak –Do wszystkiego można się przyzwyczaić!

Ropuch usiadł przy brzegu bajorka i zamoczył w nim płetwy.

A reszta?

Porucznik jest przeciwnikiem noszenia futer –oznajmiła Augustynka.

Naturalizm? –zapytał Ropuch.

Porucznik pokręcił głową.

Za gorąco ci było…? –drążył dalej Ropuch.

Porucznikowi opadła szczęka.

I co, nie przewidziałeś, że się zimno zrobi, tak? Stąd to ubranko?

Porucznik oprzytomniał. Zamierzał coś powiedzieć, ale Albin zaopiniował:

Trzeba było sobie załatwić sztuczne futerko. Mniej by się rzucało w oczy… Znużony Ropuch ziewnął szeroko i wycelował wzrok w Augustynkę.

A ty, Świnko? –zapytał.

Augustynka jest zakochana –ćwierknął Eugeniusz.

Rozumiem, że nieszczęśliwie –zauważył Ropuch.

Jak pan się tego domyślił?! –zapytał szczerze zaskoczony Porucznik.

No przecież idzie z wami… Porucznik skulił się z zakłopotania.

W każdym razie, gratuluję! –zawołał Ropuch –Miłość to najpiękniejsza rzecz, jaka może nam się przytrafić w życiu!

Świnka kwiknęła boleśnie i spuściła uszy na oczy.

A ta wasza wielka współtowarzyszka?

To Mucha –zauważył Eugeniusz.

Albin wpadł w zadumę.

Hm… muchy bywają uciążliwe… -stwierdził.

Porucznik, Augustynka i Eugeniusz wymienili spojrzenia, a potem zgodnie pokiwali głowami. Albin zagłębił się w analizę.

Czy jest na przykład wybuchowa? –zapytał.

No, czasami jej się zdarzy wybuchnąć… -przyznała Augustynka.

Czerwona ze złości Elżbieta uczepiła się niedźwiedziej sierści i zaczęła podsłuchiwać.

Pewnie lubi też obrażać innych…?

Tak, to również jej się zdarzy… -potwierdził Porucznik

Zmyśla?

Hm… owszem, opowiada różne dziwne historie… -ćwierknął Eugeniusz –Ale skąd ty to wszystko wiesz?

Och, jestem po prostu niewyobrażalnie inteligentnym Ropuchem… -odparł spokojnie Albin –No, a co z tym

Niedźwiedziem?

Pan Odrobinka pragnie się zabić –zdradził Porucznik.

To prawie oczywiste –powiedział Ropuch, dłubiąc w przednich zębach trzciną –Dzisiaj powodów nie brakuje. To co, długi czy nałogi?

Ani jedno, ani drugie –stwierdził Eugeniusz –Problemy z pracą…

A tak… Bezrobocie. Nic dziwnego… Mnie tam właściwie nic do tego, ale jak ty to sobie wyobrażasz?

Niedźwiedź wzruszył ramionami.

No… po prostu się zabiję… -odparł.

Jak to „po prostu”?! Nic nigdy nie dzieje się „po prostu”! Co potem?

Potem…? –zapytał niepewnie Niedźwiedź.

No co potem? Kto cię pochowa?

Pochowa?!

No oczywiście… Nawet nie wziął tego pod uwagę… -stwierdził smętnie Ropuch i spojrzał z wyrzutem na

Niedźwiedzia –Co ty sobie myślisz? Że takie zwierzęta dadzą radę cię pochować? Mucha, mały ptak, licha norka i nieszczęśliwie zakochana, a więc już z założenia bezsilna świnia?!

Ale… ale… ja nie wiedziałem…

Jak to?! To znaczy, że twoi przyjaciele w ogóle cię nie obchodzą? Nie interesuje cię, co się z nimi stanie?

Że będą mieli tyle do zrobienia? Że ich małe łapki spuchną od ciągłego kopania? I czym oni w ogóle mają wykopać taki ogromny dół?!

Nigdy o tym nie myślałem w ten sposób…

To widać! –rzucił Ropuch.

Niedźwiedź chwilę siedział w milczeniu, przypatrując się uważnie wątłym posturom przyjaciół, aż w końcu powiedział z żalem:

Ja i tak bym się chciał zabić…

Cóż… zrobisz, jak zechcesz, ale pamiętaj o przyjaciołach –skwitował Ropuch, a potem zapytał –A co ty w ogóle robiłeś, gdy jeszcze nie miałeś zamiaru się zabić?

Pracowałem w cyrku… -odparł marudnie Niedźwiedź –Grałem na organkach… Ale mnie wyrzucili…

Znakomicie!

No wiesz! –ćwierknął Eugeniusz –My się raczej nie cieszymy z nieszczęścia przyjaciela!

Nie, nie… nie o to mi chodziło! –zawołał Ropuch, a potem zwrócił się do Niedźwiedzia –Dobrze grałeś na tych organkach?

Bardzo dobrze –mruknął Niedźwiedź –Znam wszystkie nuty i gamy i… i wszystko…

Wspaniale! Wspaniale! Możesz więc mi akompaniować!

Co?! –zdziwił się Niedźwiedź.

Ależ oczywiście! –krzyknął Albin i natychmiast zaczął śpiewać –To przeznaczenie! Los mi ciebie zesłał!

Albinie…

Przepraszam, ale byłbym wdzięczny, gdybyś używał całego mojego pseudonimu scenicznego.

A tak… wybacz… -powiedział zakłopotany Niedźwiedź –Albinie Żabiszoł… sam nie wiem… usiłuję się teraz skoncentrować na czymś innym…

Na wszystko przyjdzie pora!

Ale… zrozum, od dawna nie grałem… nie wiem, czy dałbym radę…

Nonsens! Zaufaj doskonałemu artyście, jakim bez wątpienia jestem! Poprowadzę cię! –krzyknął znowu

Albin, a potem skoczył do Niedźwiedzia i zaczął opowiadać mu o swoim repertuarze. Augustynka wstała z trawy i udała się w stronę Głębokiego Jeziora. Zamierzała wziąć kąpiel, by pozbyć się zaschniętego na skórze błota. Kiedy wróciła na polankę wszyscy jej przyjaciele spali już wtuleni w niedźwiedzie futro. Położyła się więc obok nich i zasnęła.

To w którą stronę teraz idziemy? –zapytał zaspany Eugeniusz, odwracając głowę od porannego słońca.

Trudno powiedzieć… -odparł zakłopotany Porucznik –Przebrnęliśmy już przez wszystkie wyznaczone miejsca… Panie Odrobinka, czy wie pan, co jest dalej?

Nie za bardzo… -mruknął Niedźwiedź –Moja orientacja urywa się na Głębokim Jeziorze…

Ciężka sprawa… -ćwierknął Eugeniusz –A czy ty, Albinie Żabiszoł, orientujesz się w terenie?

Przecież mówiłem, że nigdy tego miejsca nie opuszczałem…

Ojej! –kwiknęła Świnka –Więc co robimy?

Pani Elżbieto, może pani ma jakiś pomysł? –zapytał Porucznik, wdrapując się na niedźwiedzi grzbiet.

Ale wpatrzona w niebo Elżbieta udawała, że go nie widzi.

Pani Elżbieto… -powtórzył Porucznik.

Doprawdy! Nie rozumiem, dlaczego nagle chcecie pokładać nadzieje w tak uciążliwym owadzie? –bzyknęła z pretensją, nieświadomie wyrywając włos z ucha Niedźwiedzia. Niedźwiedź zniósł to z pokorą.

Zwierzęta zwiesiły głowy.

Proszę bardzo! Miejcie odwagę i przyznajcie, co wam konkretnie we mnie ciąży! Moja nieustraszoność?

Niewątpliwa kobiecość? Radość życia? Szybkość i zdecydowanie? Przebojowość? Marskość wątroby?

Co?! –ćwierknął Eugeniusz.

CISZA! –krzyknęła Elżbieta –Pomyliło mi się!

Och, niech pani nie bierze tego do siebie. Wszyscy mamy wady –pisnął spokojnie Porucznik.

Wypraszam sobie! Ja nie mam wad! Doprawdy! Jak śmieliście?!

Nie przytaknęliśmy niczemu, co nie byłoby prawdą –stwierdził Eugeniusz.

Jak to nie?! A kto powiedział, że lubię obrażać innych, co?

No… czasami jest pani dla mnie niemiła –zauważył Porucznik –Ciągle się pani ze mnie naśmiewa.

Wcale się nie naśmiewam! –bzyknęła Mucha, przypadkiem opluwając Porucznika –Mówię prawdę!

W bardzo brutalny sposób! –zakończył Porucznik.

Ach tak! –krzyknęła zadowolona Elżbieta –Czyli jednak przyznajesz, że mówię prawdę?

Tego nie powiedziałem –pisnął wytrącony z równowagi Porucznik.

Właśnie, że powiedziałeś! Przed chwilą powiedziałeś, że…

Tak, tak –potwierdził Eugeniusz –Powiedział pan.

Dobrze. Powiedziałam. Ale tylko po to, by udowodnić, że pani się ze mnie naśmiewa!

Elżbieta zamilkła na chwilę, po czym znowu zawołała:

Nie jestem wybuchowa!

No nie wiem… -powiedziała Augustynka –Czasami zdarzy ci się na kogoś nakrzyczeć bez powodu…

Kiedy na przykład?

Na przykład wtedy, gdy przez pomyłkę cię połknąłem –zauważył Niedźwiedź.

To akurat nie był dobry przykład… -dodał ciszej Eugeniusz i pokręcił głową.

Bo mnie połknąłeś! –Mucha sfrunęła z głowy Niedźwiedzia i zaczęła krążyć wokół jego nosa.

Ale przez pomyłkę! –powtórzył bliski płaczu Niedźwiedź.

Jakie to ma znaczenie przez co?! O mało nie umarłam! Zresztą, prawie jakbym umarła! Już, już żegnałam się z życiem! Ostatkiem sił błagałam los o jedną, krótką chwilę, by móc raz jeszcze nacieszyć się światem!

Patrzyłam w zachłanne oczy śmierci! Czułam na gardle jej lodowate szpony…

Dobrze, dobrze –przerwał Eugeniusz –Wybuchłaś i tyle!

Żebyś czasem ty zaraz nie wybuchł! –wrzasnęła Elżbieta, układając pierwszą parę odnóży w cios jujitsu.

Eugeniusz przewidywalnie zasłonił sobie oczy. Porucznik i Augustynka na wszelki wypadek zrobili to samo. Straszliwy moment ciszy przerwał odgłos porannej toalety Albina. Niedźwiedź niepostrzeżenie podsunął łapę pod wiszącą nad głowami zwierząt Muchę.

Naprawdę bardzo, bardzo żałuję Elżbieto, że w odwecie nie możesz mnie teraz połknąć… -mrukną.

Mucha odwróciła się ostrożnie w stronę łba Niedźwiedzia, spojrzała w jego przepełnione łzami oczy i powiedziała łagodnie:

No, jeśli tak sprawy stoją, to… Cóż, wybaczam ci… Niedźwiedź uśmiechnął się do Elżbiety, Elżbieta również uśmiechnęła się do Niedźwiedzia, a potem jak gdyby nigdy nic krzyknęła:

Ale tego, że zmyślam to wam nie wybaczę!

Szczerze mówiąc, to ja w to polowanie na nosorożce nigdy do końca nie uwierzyłem… -powiedział

Eugeniusz.

Jak śmiesz, ty Nielocie! –bzyknęła Mucha i sfrunęła z łapy Niedźwiedzia –Doprawdy! To niedopuszczalne!

Zarzucasz mi kłamstwo?!

Nosorożce na pustyni?! –zawołał Eugeniusz –To niemożliwe!

Co za zaściankowość! Doprawdy! Brak mi słów! –powiedziała Elżbieta i urażona do granic odfrunęła w kierunku Głębokiego Jeziora.

No i widzicie! Obraziła się!

Nie powinieneś był jej dokuczać! –skarciła Eugeniusza Augustynka.

Właśnie! –pisnął Porucznik –Prawda, panie Odrobinka?

Ale Niedźwiedź nie odpowiedział. Oddalił się od grupy i poczłapał w kierunku brzegu. Zaraz potem usiadł niedaleko Elżbiety i powiedział:

Nie gniewaj się, Elżbieto… Ja ci wierzę.

Naprawdę? –zapytała Mucha i poderwała się z miejsca.

Oczywiście! –odparł Niedźwiedź –A te nosorożce… no wiesz… czy one mogą zabić?

Pewnie, że mogą! Są bardzo niebezpieczne! I mają rogi!

O! Takie do zabijania?

Nie tylko! Do rozszarpywania, wbijania, kłucia i ranienia!

Och! W takim razie… hm… czy moglibyśmy się kiedyś razem wybrać na tę pustynię?

Ależ oczywiście! –zawołała uradowana Mucha –Będzie mi bardzo przyjemnie!

Chwilę później Niedźwiedź i Elżbieta wrócili do reszty przyjaciół. Porucznik podczołgał się nieśmiało do Muchy i zapytał:

Pani Elżbieto, pani najlepiej orientuje się w terenie… Co pani radzi dalej robić?

Proponuję jak zwykle iść przed siebie! –bzyknęła ochoczo Mucha.

A co nam to da? –zapytał niedbale Albin.

Do tej pory dawało dużo! –wrzasnęła Elżbieta i spojrzała z odrazą na Ropucha –Zawsze dochodziliśmy do właściwego miejsca!

Elżbieta ma rację! –stwierdził Eugeniusz –Idziemy!

Pełne zapału zwierzęta ruszyły naprzód. Porucznik Norka jak zwykle zaczął wyprzedzać przyjaciół w drodze, by badać mijany teren. Idący niedaleko niego Eugeniusz Nielot przekładał cieplejsze piórka na ogonek, a chłodniejsze na skrzydełka, którymi przy okazji się wachlował. Świnka Augustynka szła za nim, usiłując stawiać kroki dokładnie w tych samych miejscach. Albin Żabiszoł odłączył się od grupy i wskoczył w wysoką trawę, by na otwartym terenie nie poparzyć swej delikatnej skóry. Niedźwiedź Odrobinka człapał na końcu. Wciąż przystawał i rozglądał się na boki, podziwiając krajobraz. Od czasu do czasu na jego suchym nosie przysiadała Elżbieta Bzycząca i dzieliła się z nim wrażeniami. A kiedy z niego sfruwała przystępowała do badania terenu na własny sposób, ignorując węch Porucznika Norki lub podlatywała do któregoś ze zwierząt i o coś wypytywała. Starała się jednak omijać Albina. W pewnym momencie zwierzęta zauważyły szeroką, polną ścieżkę, rozpościerającą się niedaleko ich trasy. Uznając to za znak wstąpiły na nią i szły dalej przed siebie. Słońce ospale przesuwało się po górze. Oświetlało wysoką trawę, która wciąż nie pozwalała na zmianę kierunku wędrówki. Czasami któreś ze zwierząt prosiło o postój. Zatrzymywali się więc na kilka chwil, oceniali długość przebytej drogi i próbowali wyliczyć trasę, jaka im jeszcze została. Za każdym razem były to jednak niedokładne pomiary, co jeszcze bardziej ich zasmucało. Szli więc wciąż przed siebie, coraz bardziej zmęczeni i coraz bardziej zniechęceni. W końcu zaczęli się nawet obawiać, że miejsce, do którego zmierzają w ogóle nie istnieje, a oni sami idą w nieznanym kierunku, niepotrzebnie oddalając się od swych domów. Smutne myśli tak ich zajęły, iż nie zauważyli, że trawa, która rosła wokoło zmieniła się w ogród.

E… nie chce mi się dalej iść… -jęknął zmordowany Albin, wynurzając się z zarośli.

Niech pan nie przesadza! –pisnął zdenerwowany Porucznik –Z nas wszystkich idzie pan najkrócej! Nie powinien pan być zmęczony!

Ale jestem! –zawołał Albin, a potem padł na trawę.

Zwierzęta przystanęły. Porucznik i Eugeniusz próbowali podnieść Albina, ale im również zabrakło sił. Przysiedli więc obok niego i zaczęli rozglądać się dookoła.

Ojej! –kwiknęła nagle Augustynka –Jak tu pięknie!

Masz rację! –przyznał Eugeniusz i zaczął wpatrywać się w rozległą, ukwieconą łąkę –Mógłbym tu zostać na zawsze…

Coś podobnego! Doprawdy! –zawołała Elżbieta, wylatując z niedźwiedziego ucha, w którym schroniła się przed słońcem –O czym mówicie?

No spójrz tylko, Elżbieto! –kwiknęła znowu Świnka.

O… -bzyknęła Mucha, rozglądając się na boki –W rzeczy samej…! Niedźwiedziu, widzisz to, co ja?

No… widzę… -przytaknął Niedźwiedź i przetarł łapami oczy.

Nie tak szybko, drodzy państwo! –zapiszczał Porucznik, nie tracąc przytomności umysłu –Nic nie wiemy o tym terenie!

Właśnie! –przyznał Albin –Nie wiadomo, czy tu można zrobić karierę!

Ale takie rzeczy się czuję… -powiedziała rozmarzona Augustynka.

Zwierzęta zaczęły pewniej rozglądać się po okolicy.

O! –zawołał Albin –Jest sadzawka!

Jaka błękitna! –ćwierknął Eugeniusz.

Hm… -bzyknęła Elżbieta, podfruwając pod owocowe drzewa –Wszystko jadalne!

Naprawdę? –zapytał Niedźwiedź –Bo, szczerze mówiąc od dawna nic nie jadłem…

Czekaj, zaraz ci coś zerwę! –zawołała Mucha i pofrunęła w kierunku ogromnej jabłoni.

Niedźwiedź poczłapał ku siłującej się z jabłkiem Elżbiecie i zerwał owoc tak, by nie widziała, że to zrobił.

Dziękuję, Elżbieto –mruknął.

Doprawdy! Nie ma za co! –bzyknęła i skromnie machnęła odnóżem.

Hej! –zawołał Eugeniusz –Patrzcie, jaki niesamowity las!

Ojej! –kwiknęła Augustynka –Rzeczywiście!

Czy on wam czasem z boku nie przypomina bobra?

Ach tak! –pisnął Porucznik –Jakie to niezwykłe!

Nagle zwierzęta poczuły się tak, jakby były na tym miejscu, o które im chodziło.

Ja to bym tu nawet mógł zostać –stwierdził po chwili Albin, przyglądając się sadzawce.

Mnie też się podoba to miejsce –kwiknęła Augustynka –Tak tu cicho i spokojnie…

Bardzo rodzinnie! –zauważył Eugeniusz.

I jakoś tak domowo… -dodał Porucznik.

Hm… nie wiem, jak wy, ale ja myślę, że mógłbym tu znaleźć miejsce na idealne samobójstwo –mruknął

Niedźwiedź.

A ja na zrobienie kariery –przyznał Albin, wciąż wpatrując się w sadzawkę.

Doprawdy! Nie ma co wątpić! –zabzyczała Mucha i usiadła na niedźwiedzim nosie –Zostajemy!

Uśmiechnięte słońce znikło za horyzontem, pozostawiając za sobą różowe chmury. Zwierzęta zaczęły przygotowywać się do snu. Pełne nowej nadziei spoglądały na ciemniejące niebo. Porucznik Norka, rozparty wygodnie na niedźwiedzim brzuchu głośno liczył gwiazdy. Eugeniusz i Albin podśpiewywali sobie wesoło, zajęci wieczorną toaletą w sadzawce. Augustynka przysiadła nad brzegiem łąki, wypatrując księżyca. Elżbieta przeczesywała małą gałązką sierść Niedźwiedzia w miejscu, gdzie zwykle zasypiała, by spulchnić ją i nadać jej jedwabistości. Niedźwiedź Odrobinka, zadowolony ze swej użyteczności leżał spokojnie i pochrapywał. Nagle jedna gwiazda odłączyła się od nieba i skoczyła ku ziemi.

O, spójrzcie! Spadająca gwiazda! –zawołała radośnie Augustynka –Szybko! Niech każdy pomyśli sobie życzenie!

WYŚCIG
Sprawiony zawód przyspieszył nadejście nocy. Stalowe gąsienice zasnęły na liściach kapusty, a przepojone żurawie obsiadły brzegi betonowej cembrowiny. Koniec wciąż był schowany za zbrojeniem z cierpliwości więc zaczęto się cofać do równych pozycji startowych.

Tak niewiele brakowało! Tak niewiele! –zawołał Portorus.

Tak, niewiele… -dodał Porfiry.

Ale dlaczego?! –zapytał Szałek.

Pewnie dlatego –odparł Mczyk.

Więc myślę, że nie powinniśmy przerywać pracy! –stwierdziła Porfiria.

A ja jestem taki zmęczony, że bym przerwał! –powiedział Porfiry.

Od tylu lat pracujemy, a ty najchętniej byś przerwał?!

Ponieważ jestem taki zmęczony!

Ech… -westchnął Portorus –To by było straszne, gdybyśmy nie wykorzystali szansy…

Tak –przyznał Mczyk –Straszni bylibyśmy!

Najstraszniejsi! –dodał Szałek.

No właśnie! –zawołała Porfiria.

A ja i tak przerywam na dziś! –stwierdził Porfiry.

Przerywasz?!

Do jutra!

Ale…

No dobrze, do rana!

Do świtu! –zawołała Porfiria i odeszła w stronę domu, zwijając po drodze długie nitki planów na przyszłość.

Czas chłodził nastrój w podwórkach. Obsiadające chmury gwiazdy zaczęły mrugać w kropki i kreski. Noc wzięła najlepszą stronę i dla jej rozwoju wyczerniła resztę.

Szałku… -szepnął Mczyk.

Mczyku?

Czekaj!

Na co?!

No bo ja myślę, że już skończyliśmy!

Ale przed chwilą nic nie mówiłeś!

Nie chciałem zmieniać tego między nami i nimi.

Aha…

Właśnie.

Ale… czy to znaczy…

… ,że tak! Możemy próbować!

Fantastycznie, prawda?

Prawda! To jak?

Jak najbardziej!

I obaj wskoczyli do kosza wirówki, a po pociągnięciu sznurka uruchamiającego unieśli się w górę. Ciemność opadła na dachy. Boczne światła tras oznaczały ratunkowe skręty i zjazdy na skróty. Tam, gdzie wciąż było nie dość pełno zapalały się nowe gwiazdy.

Jesteśmy tak blisko! –zawołał Szałek i wyciągnął rękę, by dotknąć nieba.

Widzisz ją gdzieś? –zapytał Mczyk.

Jakbym widział, to bym powiedział, a ty?

Też!

Hm… myślisz, że ją znajdziemy?

Jeśli będziesz patrzył w tę stronę, a ja w tamtą.

A nie mógłbym patrzeć w tamtą, a ty w tę?

Dlaczego?

Tamta bardziej do mnie pasuje.

Skoro tak, to patrz w tamtą.

Wygląd z daleka przypominał ten z bliska. Przechodzący przez wirówkę środek przekształcił płaszczyznę nieba, odbijając tę w tamtej i tamtą w tej. Obraz gwiazd transmitował się w tęczówkach.

Mczyku? –zapytał Szałek.

Szałku.

A czy ona jest gorąca?

Gorąca?! Hm… czerwona albo purpurowo-pomarańczowa, mrugająca i do zdobycia… Skąd mam wiedzieć czy jest gorąca?

No tak…

No właśnie!

A jeśli jest to nie złapiemy jej rękami!

Nie?!

No jak?!

No tak…

No właśnie!

Hm… to trzeba będzie użyć czegoś jak siatka!

Taka na motyle!

Taka na motyle!

Ale… nie mamy przy sobie siatki na motyle…

Bo tak naprawdę nie ma być na motyle, tylko na nią!

Ale na nią też nie mamy!

Nie?!

No gdzie?!

No tak…

No właśnie…

Hm… -mruknął Mczyk.

Hm… -mruknął Szałek.

To wracamy?

Cóż…

Bo jeszcze ją znajdziemy i nie będziemy mieli czym złapać!

Ale z drugiej strony…

Co?

…niebo jest takie piękne!

Więc?

Może zobaczymy?

Hm.

Przecież nie widzieliśmy!

No nie…

No właśnie!

To co?

To lećmy w górę, Mczyku!

W górę się już nie da… To koniec nieba.

O… no to… no to lećmy dalej!

Prosto?

Czemu nie!

Łopaty wirówki zaczęły popychać powietrze do dołu i do tyłu. Spomiędzy drobnych części silniczka wypłynęło kilka kłębków zagrzewającego dymu.

Zabrałbym taką… -szepnął Szałek.

Jak każdy! –zauważył Mczyk.

Nawet żółtą!

A po co?!

Na pamiątkę!

Żółta nic nie da!

To co!

To rozejrzyj się!

Rozglądam.

Widać coś?

No pewnie!

Co?

Całe niebo!

Co tam niebo! Czy ją widać?

Nie, jej nie widać…

Trudno! Lećmy dalej!

Och, ale spójrz! Dalej jest już dzień!

Nagle urwało się nocne niebo. Rozkręcone łopaty silniczka wpadły na dochodzące południa rano. Daleko dalej wisiało słońce.

Ale odlecieliśmy! –zawołał Mczyk.

No to teraz musimy dolecieć! –zauważył Szałek.

A widzisz miejsce do zawrotu?

Między tymi dwiema gwiazdami może być?

Być może… Wirówka zatoczyła pół koła do startu start i odfrunęła szlaczkiem, zostawiając na niebie ślad podstawy kosza.

Mczyku…

Szałku.

Opowiemy im o tym?

Hm…

Bo mogą się zamyślić…

Mogą zadumać…

I zastanowić…

Poza tym nie powiedzieć jest naprawdę dobrze!

Naprawdę?

Bo możemy jej spokojnie szukać, podczas gdy oni będą spokojnie pracować. Gdyby wiedzieli zaczęliby się spieszyć!

Przecież się spieszą.

Ale mogliby się spieszyć jeszcze bardziej! A przecież wiadomo, że pośpiech niczemu dobremu nie służy!

Czyli dla nich też jest lepiej!

No tak.

Och! Jak to się wszystko dobrze składa!

WYŚCIG
Aż żywy błękit dnia podpalił niebo, które zaczęło skwierczeć i parować srebrnym dymem. Oparzone sobą słońce uderzało się w połowy, chwaląc jasność ponad obłoki. Wszechmogący spokój góry mąciła wyższa rozmowa.

Hm… -zaczął Kreator –Ciekawe, kto wygra?

Rozgoszczony między przybysz podpierał się o służące chmury.

Ja wiem –odparł.

Wiesz?!

Oczywiście.

Skąd?!

Stąd.

No to ja też wiem!

A przed chwilą?

Nie byłem pewny.

A teraz?

Jestem.

Ach tak.

Tak.

No to kto wygra według ciebie?

Powiem, kiedy ty powiesz.

Dobrze –odparł przybysz –Wygra … .

Niemożliwe!

Możliwe.

Nie wierzę!

No to co? Zakład?

Cóż… nie ma wyjścia! Zakład! –zawołał Kreator –Więc stawiasz na … ?

Tak, na … , a ty?

Ja postawię na … .

Dobrze.

No pewnie!

Jasność moczyła cytrynę w toniku. Całe słońce zabrało mleczną kąpiel, rafinując skład z kropli trzeźwiących. Dołem przemknęła wycieczka chmur.

A jak to ty ją w ogóle stworzyłeś? –zapytał Kreator.

Jak to ja?!

No właśnie.

Hm…

No, no, no…

Myślałem, że to jedno z tych.

Które?

Ty stworzyłeś!

Ja?!

Przecież nie ja!

To od razu ja!

Jeśli nie ja…

To ja?

To nie?

Musiałbym się pomylić!

Nie pierwszy raz.

A czyja to wina?!

Nie zrzucaj złego na mnie, Kreatorze! –zawołał przybysz –To ty przegrywasz zakłady!

Ostatnim razem!

Skoro tak ci się wydaje…

Nic mi się nie wydaje! Teraz na pewno wygram!

Wygrasz… nie wygrasz…

Nie przegram!

Przegrasz… nie wygrasz… czy to nie wszystko jedno…?

Posady jasności zadrżały we śnie. Słaby dzwon grzmiał między chmurami, dolewając, dolewając oliwy. Zadurzone słońce lgnęło ku końcowi. Z daleka ominęło Pałac i przemknęło nad Lasem Bobrowym, porywając dzień, który gasł powoli, przytrzymując się sztucznych świateł. Nikły strzałki na asfalcie. Pląs bujanego fotela wyciskał w podłodze dwuśladowe koleiny. Tłuste larwy korników wierzgały w drewnianych świecznikach, przedłużając korytarze lochów. Salar siedział przy ścianie, zwracając na nią nieuwagę pleców. Duszność piekła skład powietrza, wyzwalając z pieca szczególny brąz urlopu. Masa mydlana pokazywała się z brytfanki. Wtem, z głębi duszy wyszedł kłąb zgniło-żółtej pary i zaczepił o wypieki.

Salarze… Odmówiono dowozowi. Nie zagojona rana wycisnęła tubkę żółtej maści. Zgniły kłąb przemierzył loch, porywając Salara posadzkowym spływem strug powietrza.

Salarze… Potem oblał się z wysiłku. Dwa sroki ogony zacisnął na knotach, lejąc woskowe skrzepy. Rozdawano rozdwojenia. Salarze… Salarze… Oraz uduszone świece. Sztormowe zapałki stanęły w strugach powietrza, oświecając wnętrze złotym spojrzeniem.

Salarze… Wiatr pchnął w drzwi gałęzie drzew. Stosy liści rozdmuchiwał przeciąg. Silny Salar odtrącił sufit i połknął sunący przed nim kłąb.

WYŚCIG

Dzień dobry, Salawarze!

Dzień dobry, Szałku!

Co się stało?

Portorus ukończył budowę batutu.

No nie!

Właśnie wypróbowuje.

Kiedy teraz? –zapytał Mczyk –Jest dzień!

Nocą będzie próbował!

No tak…

No tak! –przyznał Szałek –Trzeba to zobaczyć!

Wpięty w żytnie pole batut przejawiał cechy opłaconego wysiłku. Słońce zrzucało na niego promienie, testując odbicie w cennym środku ciężkości. Stojący obok Portorus zmiatał z materaca ścięte kłosy.

A więc! –zawołał –Wchodzę!

Powodzenia! –krzyknęła Kara.

Połamania! –dodał Mczyk.

I nie zdobycia! –zakończyła Porfiria.

Portorus wskoczył na materac i w przedśrubowej pozie zaczął odbijać się w górę.

Hm… nieźle mu idzie… -zauważył Salawar.

Rzeczywiście –przyznał Szałek –Zupełnie nieźle.

Tak nieźle, że aż dobrze –powiedział Porfiry.

Za dobrze! –zawołała Porfiria.

Sprężyny batutu rozdrabniały wyłuskane ziarna zbóż. Obsypany mącznym kurzem Portorus zaczął w końcu znikać za chmurami.

Porfiry, zrób coś! –szepnęła Porfiria.

Co? –zapytał Porfiry.

Zrób coś!

Ale co?

Coś niecoś!

Po co?

Przecież on ją zaraz znajdzie!

W dzień?! To niemożliwe!

Niedawno powiedziałeś, że wszystko jest możliwe!

Nieprawda! –zawołał Porfiry –Powiedziałem, że już niedługo wszystko będzie dla nas możliwe!

Aha.

Więc w dzień?! Niemożliwe!

Ale dlaczego?

Bo to Gwiazda!

Której w nocy jeszcze nikt nie widział!

I z tego co?!

A jeśli ona znajduje się w dzień?

Kwadratowe podwórka znikały pod snopami zbożowej słomy. Portorus wybijał się coraz wyżej, zostawiając w chmurach serowe dziury wylotowe.

Mczyku…

Szałku.

A jeśli w nocy spotkamy Portorusa?

To mu opowiemy.

A jeśli nie?

To mu nie opowiemy.

Jeśli go nie spotkamy.

Szałku.

Mczyku.

Wyciągnięto elastycznie okres za chmurami. Nieobecność była teraz tak długa, jak krótka zrobiła się obecność na dole.

Portorusie! –zawołała Kara –Kiedy skończysz wypróbowywanie?

Przejdę do próbowania! –krzyknął Portorus i zagotowana woda w silnikach zdążyła ostygnąć.

Prąd skończył się nagle, unieruchamiając betoniarki z zaprawą. Obyczajowy seans generalnej próby przerwał darmo tracony czas.

A my tu stoimy… -mruknął Salawar.

Portorus się odbija… -zauważył Mczyk.

A my tu stoimy.

A Portorus się odbija.

A my stoimy!

A Portorus…

Wcale się nie odbija! –zawołała Kara.

Co?

Nie odbija!

Dlaczego nie? –zapytał Porfiry.

Bo nie spada!

Daj popatrzeć.

Popatrz!

Hm…

No i?

Nie spada!

Nie spada, to spadnie! –stwierdził Mczyk.

Za chwilę? –zapytała Porfiria.

Skoro nie teraz…

A jeśli nie zaraz?

Jeśli nie zaraz, to po chwili.

Ale chwila przeciągnęła się do momentu, a moment czekano kilka razy. Wykorzystany batut wrócił do pozycji sprzed startu, uciszając echo skrzypiących sprężyn.

Nie spada… -szepnął Szałek.

Ani siam, ani tam, ani tu… -dodał Salawar.

W końcu spadnie! –stwierdził Porfiry.

Na pewno? –zapytała Kara.

No przecież musi spaść! –zawołał Mczyk.

A jeśli nie musi?

Jeśli nie musi, to niech nie spada!

Skłonny do kiełkowania materac zaczął zarastać ostami. Oddane wpływom słońca naoliwienia zwalniały się z miejsca, udostępniając je plamkom rdzy. W górze było już zamknięte niebo.

Ile czasu minęło? –zapytała Porfiria.

Sporo –odparł Szałek.

Sporo to dużo?

Więcej niż nieco.

Czyli niemało…

To znaczy czekamy? –zapytał Porfiry.

Możemy jeszcze poczekać –powiedział Salawar.

Albo trochę zaczekać –dodał Mczyk.

Duszone w sosie własnym słońce zapachniało pieczonym jabłkiem. Łopata spełniła swe zadanie, moczona w śmietanie.

Cóż… -stwierdził Porfiry.

Jak to? –zapytała Kara –Już?!

A kiedy?

Za chwilę?

Którą?

Wszystko jedno! –odparła Porfiria.

„Wszystko jedno!”? –zawołał Szałek.

Nic dwoje!

Więc rozchodzimy się.

Się –przyznał Salawar –Muszę iść po drewno.

A ja muszę iść –powiedział Mczyk –Jutro na pewno będzie jak wczoraj.

Albo jak pojutrze! –zauważył Porfiry i odszedł w stronę zasypanego sporyszem podwórka.

No a później zaczęło pędzić, za zostawiając nie podbite sprawy. Pokryte mchem dachy wklęsły od niedoboru filarów, sięgając strychów i rozłożonych łóżek. Dzień zapadał się pod ziemię. Bezsenna noc przystanęła na rogu księżyca. Gwiazdy obracały się w miejscu, wykonując opatentowane akrobacje. W Lesie Bobrowym zawisła ciepła mgła. Udając zmyliła drogi i zasłoniła przejścia. Niejaki Salawar błądził między drzewami, przeczesując skołtunione pasma ścieżek. Zostawione gałęzie wychodziły z nikąd, wijąc belki na korony. Zgasły światła pokojów. Zastosowano ciszę. Zmęczone gwiazdy odkręciły się w stronę rozgrzewki, wyzywając na świece i pełne szpagaty. Ciemność gęstniała mocą budyniu. Brnący w tło Salawar wiórował ścięte pnie. Doświadczone patyki wykręciły się od środka Lasu, młodym listkom zamykając szparki. Nagły zryw wiatru przyniósł klap, klap, klap, odchodząc od wniosków i nie mając na myśli.

To on…! –szepnął Salawar i znowu zatrzymał się w miejscu.

Jeszcze ciepły dźwięk przewodził norom runa, wciąż potajemnie, nie zdradzając zjawy. Klap, klap. Klap, klap. Grudy ciemnobrązowej ziemi wsparły kolonie pleśni, wiążąc w sobie wiadra wody. Obalony przez noc księżyc rzucił się na łąkę. Zanim spadły wszystkie gwiazdy. Wtem jednak gęsta mgła uderzyła o dół, a wyraźne brzmienie zasiało się makiem. Salawar spojrzał w stronę łąki. Na tle leżącego w trawie księżyca stał biały koń. Ujęty fachowo w centrum widokowe mieścił się dokładnie między cieniami gałęzi.

Och, jaki ty jesteś… -zawołał Salawar, a potem ruszył w jego stronę.

Lecz gdy tylko to zrobił koń roześmiał się głośno i uciekł w głąb Lasu. Mgła powróciła do góry. Spełniony księżyc wznowił przemierzanie nieba, obmyślając plan zlikwidowania nocy. Ostudzonego Salawara zaczęły ożywiać promienie nowego słońca.
WYŚCIG
Bez żalu zostawiały szczyty na rzecz zaniżoną i wklęsłą. Dośrodkowe korytarze małych kopców wpuszczały je w głąb sosowymi wyjściami, wspierając ślepotę właścicieli. Aż do głębokich dróg zamkniętych. Niebo nie zmieniło się o dzień. Chmury wisiały na wczorajszych miejscach, upiętych w zeszło dobowe pukle. Niemy batut znikł pod warstwą kurzu.

No i nie spadł… -stwierdził Szałek.

No i nie spadł… -zauważył Mczyk.

Właśnie to stwierdziłem.

A ja zauważyłem.

Niepotrzebne kleszcze odeszły w stronę Lasu. Zbędne kosy wbiły się w ziemię, pozwalając wyrosnąć z drzewca kępie kosaćców. Trawa zwiędła tuż przed chwilą.

Mczyku…

Szałku.

Spójrz na łąkę!

Tak?

Czy to nie Salawar?

Nie, to Salawar! –powiedział Mczyk –Dzień dobry, Salawarze!

Witaj Salawarze! –krzyknął Szałek –Idziesz z Lasu?

A skąd!

Gdzie?

Spytać was o coś!

O co? –zapytał Mczyk.

O to, czy w Lesie Bobrowym są jakieś zwierzęta.

No to pytaj.

Czy w Lesie Bobrowym są jakieś zwierzęta?

Są –odparł Szałek.

Jakie?

Małe.

Jak małe?

Hm… najmniejsze.

Salawarze, dlaczego jesteś taki zdziwiony? –zapytał znowu Mczyk.

W nocy widziałem większego…

większego…?

większego coś!

Ale co?!

No… myślę, że to był… KOŃ!

KOŃ! –powtórzył Szałek.

Tak!

Ale tutaj nie ma KONI!

Dlatego jestem taki zdziwiony!

Może był dziki? –zauważył Mczyk.

Też tak z początku myślałem, tylko że…

Tylko, że…? –zapytał Szałek.

tylko że… on… ten KOŃ… ten KOŃ się… śmiał!

To znaczy rżał?

Nie! Śmiał się tak, jak my!

Co?!

Naprawdę! –krzyknął Salawar –I wiecie, co jeszcze myślę?

Nie.

Myślę, że on śmiał się ze mnie!

No co ty opowiadasz! –zawołał Mczyk.

To niemożliwe! –dodał Szałek –Na pewno ci się zdawało!

Nie, nie! Nie zdawało mi się! Widziałem go już wcześniej! Chociaż wcześniej się nie śmiał! Za to w nocy…

…byłeś zmęczony! –powiedział Mczyk –Musiałeś zasnąć! Wszystko ci się przyśniło!

Nie! Jestem pewien, że nic mi się nie śniło!

Hm… no skoro jesteś pewien, trzeba coś zrobić!

Ale co?!

Musisz go złapać! –stwierdził Szałek.

Ale po co?!

Przecież po to, by zapytać, dlaczego się z ciebie śmiał!

Tak, tak! –dodał Mczyk –Złapiesz go, zapytasz i będziesz wiedział!

Mam… zapytać KONIA, dlaczego się ze mnie… śmieje?!

A czemu nie?!

Cóż…

To przecież TYLKO koń! –zawołał Szałek.

Hm… naprawdę?

Ależ oczywiście!

I na pewno nie ma innego wyjścia?

Nie ma a nie ma!

W takim razie idę! –zakończył Salawar, a potem porzucił podwórko i wyruszył w stronę łąki.

Zważone słońce opadło na wyżyny. Skłute uderzeniowymi dawkami energii przesuwało się do przodu wlokąc za sobą łuski chudego wężyka. Dzień przeciągnął się do woli. Na nosie grający skwar rozbudził drgania pod wschodem. Brzegi rabarbarowych liści się zharmonizowały, osłaniając łodygi przedwczesną kwasotą. Ruchome urwisko pociągnęło dom o kolejne kroki w znane. Tetra zasłoniła okno i otworzyła skrzynię. Blask monet oświetlił rurkowate wnętrze, rzucając na ściany złote figury z kryształków i szkiełek. Radość gonił poziom zawartości. Odcięte zamkiem ciepło unosiło się nad powietrzem, parując działaniami liczb. Proste wędrowały do środka, złożone rozkładano. Tajemne pragnienia odnajdywały się pomiędzy. I wtedy z ujścia zaczął wyciekać ciągły niepokój, rozmazując sumy i kasując wyroki. Szybko wmieszał się w ciepło więc Tetra zamknęła skrzynię i podeszła do okna. Za odsuniętą zasłoną tkwił trójkątny wycinek zbyt pustego podwórka. Wytarta pieszo przestrzeń prowadziła do ścieżki, dzieląc z nią obszar cudzej własności. Tetra otworzyła drzwi. Wszystkie najodowane chmury znikły w koronach obsychających drzew Lasu Bobrowego, którego stąd nie było nawet widać. Pawie motyle zwinęły skrzydła i wpełzły w wnętrza pergaminowych kokonów. Cisza wysiedliła ptaki z gniazd. Nagle z żywo rozkładających się wnęk przepaści wyskoczył biały pies i stanął twarzą do owładniętej Tetry. Płytki dech zaparł się serca. Ratunkowa akcja zaczęła przebiegać po myśli, odsączając zdawania i wnioskując środek tarczy. Z żalem wstrzymano bicie. Tak, by samemu niebu nie uszło uwadze. Tetra zaczęła cofać się wzdłuż schematu, ale pies zerwał uprząż urwiska i odciął jej drogę.

Czego chcesz? –zawołała –Odejdź!

Biel oślepiła jej wyjścia. Wściekły pies zawarczał głośno, a potem zaczął iść w stronę Tetry, popychając ją na urwisko. Krok przed krokiem.
WYŚCIG
Słońce odwróciło się od świata. Szarobure chmury zasłoniły wygaszoną stronę, wchodząc sobie na kłęby. Stlone ciepło wypalało dziury w krajobrazie. Niedawno wyśnioną przyszłość wepchnięto pod poduszki. Pamięć o niej oddaliła się szybko, kradnąc wgniecenia z korowej pościeli. Małe sypialnie Pałacu przykryła wielkość pustyni.

Popatrz, Kreatorze! –zawołał przybysz.

Gdzie? –zapytał Kreator.

Tam!

Ja tam nic nie widzę!

Siła watów de makijażu rozpuściła podkład. Wiatr za pchnięciem oblatywał wieże, strącając dachówki w własne kąty dziedzińca. Zieleń odpryskiwała od liści. Wschód wklęsł

A ja, że wygląda jakoś tak…

Jak?

Jakoś…

Tak?

Właśnie.

Czyli?

Jakby…

Co?

Było…

Czyje?

Moje.

Twoje?

Właśnie! w nie pielęgnowane kępy nizinnego gruntu. Masz ci losy pięto po szczeblach, ostrząc kolce rozkwitających cierni. A z lochów wybiegły dzikie zwierzęta.

Hm… -mruknął Kreator –A ja, że wygląda tak samo, jak przedtem!

Naprawdę?

Nie widziałem piękniejszego dołu!

I WSZYSTKIEGO.

Widziałem wszystko!

Nigdy nie byłeś u mnie.

Gnały ku zewnątrz niezawodnym planem, ocierając się o kocie łydki. Zmartwione sosny zrzucały igły. Zgniło-żółtą parą przeciekały mury.

Nigdy?!

Gdy.

Hm…

A mógłbyś zobaczyć.

Że?

Już się od siebie nie różnimy.

A czy to źle?

Cóż… chyba nie.

Chłodny kurz zaczął osiadać na ziemi. Prosty zapach nieporządku unosić się nad kotłem wszystkiego gotowego, a niewypełnione przed brzegi. Drzwi zamknięto za kratami. Dominik obudził się pierwszy. Blade płomienie świec obrzucały jego twarz cieniami prętów, zniekształcając rysy królewskich marszczeń. Przykuta do ścian ciemność zarastała starością. Czas opuścił ją dla innej. Spod schodów nadeszły bębnienia i bicia. Wycieraczkowy motyw splotu wracał refrenem, podtrzymując niejasność sprawy. Dominik podniósł się z ziemi. Kilka kroków dalej rósł odblask połączonych świateł. Rozprzestrzeniał się ku górze, parząc łapki zimnych ścian. Pchał Dominika ku ostatnim deskom do najgłośniejszych odcisków stóp za drzwiami.

Jesteś, Salarze!

Wosk ze złej strony przewrócił świecę. Nieruchoma twarz Salara prześwitywała przez kraty, rzucając na później największy cień.

Salarze… Nagle ściśnięte gardło zamurowało resztę szpar. Inne oczy Salara rozbłysły złotym blaskiem, oślepiając

Dominika.

Co to ma znaczyć?! Salarze, rozkazuję ci! Natychmiast otwórz drzwi!

Klucz wskoczył w okno zamku. Zakręcił się dziecinnie między zapadką i zasuwką, aż umilkł zablokowawszy środek.

Nie będę już słuchał twoich rozkazów, Dominiku –powiedział Salar i odszedł, zostawiając kogoś wśród rozognionych płomieni.

WYŚCIG
Pełny mrok zapadł na przepracowane podwórka. Wymazał białość z płotów i wyrwał kwiaty ziemi. Puste kasy fiskalne wpiął w akta starych liczydeł, demontując kruche spoiwa. Kolejny wybuch zagrzybił górę ledwo rewolucyjną smugą dymu. Piętrowe nieszczęście opędzlowało tydzień, zbiegiem obozowym goniąc jutro. Dziś sprawiało się tylko gorzej.

Prawda, że nic się nie stało? –zapytała Porfiria.

Na szczęście, nic –odparł Porfiry.

To niesprawiedliwe!

A może nie…?

Przecież mówię, że nie!

Właśnie, bo może ma wygrać ktoś inny…?

Ktoś?!

Kto bardziej tego potrzebuje.

Słaby wiatr strząsał z drzew zgniłe wiśnie. Z drewnianych skrzynek znikł złoty piasek. Odpływ powojów zabrał go nad łąkę i zmieszał z nieurodzajną ziemią.

A ja i tak uważam, że powinniśmy spróbować jeszcze raz! –zawołała Porfiria.

Raz?

A nawet dwa!

W końcu?

Tak, wreszcie!

Czyli tutaj?

Nie, w początku!

Na?

Pewno tam znajduje się to, co nam nie wychodzi.

W ciepłym, malinowym dymie?

Nie! W wpatrywaniu się w niebo!

Zdecydowana Porfiria uchyliła furtkę, wpuszczając między grządki szczyptę biedronek. Ich małe cienie zburzyły domino blaszanych baków. Rozlana benzyna popłynęła po roli, topiąc ekologiczny nawóz. Noc oziębła wewnątrz zmroku. Głodne rosiczki wyrzuciły śluzy, odczuwając porę nalotu owadów. Ale żaden nie przyleciał. Wyciek żywicy zalał wszystkie na zawsze. Więc zapalono nad nimi księżyc. Błyszczał jakby ostatnim razem, oświetlając słoje ściętych pni. Głowy niebieskich dzwonków toczyły się po ziemi. Z góry znikła korona. Salawar sunął po tętniczych ścieżkach Lasu Bobrowego, grożąc przestrzeniom między drzewami. Urojone niebo przesunęło się nad łąkę. Gwiazdy poskręcały karki i opadły na gałęzie. Wreszcie wbite w martwiące tło rzucały cienie na tarasy pajęczych królestw. Przystrojone odwłokami jeńców. Salawar burzył ich srebrne ściany i wybijał szyby z muszych skrzydeł. Wiatr szumiał ponad to. Z pękniętych purchawek zaczął wypływać zielonkawy pył. Unosił się nad ścieżkami z odblaskiem gwiazdy w strzępie, pilnując marnego widoku.

Wiem, że tu jesteś! Pokaż się! –wołał Salawar.

Mrok sięgał nietaktownie. Zależne niebo utknęło w górze nieczystych chmur, a rozgrzany ponad siebie księżyc zaczął płonąć. I gdy kawał jego zwęglonej skorupy trafił na drzewa w Lesie Bobrowym zrobiło się biało.

Nareszcie… -szepnął Salawar.

Późna noc zawiesiła łączność w toku. Przebijający ją koń stał nad trawą, odliczając wstrzymany czas. Który ruszył, gdy go zauważono.

Poczekaj tylko! Ja ci pokażę! –zawołał Salawar.

Ale koń roześmiał się głośno i podtrzymał odstęp. Większy wiatr strząsnął z gałęzi kilka gwiazd. Odpadły lotem z początkiem u parowozu i zginęły nim ich prochy spotkały się z ziemią. Opalony Salawar pobiegł za koniem. Siłą wyprzedził ścieżki pod prąd, znacząc drzazgami powrotną drogę. Zapuszczone korzenie wyszły na łąkę. Bez fioletowych stropów Las Bobrowy zaczął zapadać się w kopalniane wnętrza pamiątkowe. Wraz z nim zapadły się puste mrowiska. Nagły deszcz liści utopił plantację ostów. Zapchał mysie wyjścia i robaczywe dołki. Mokry Salawar gonił konia. Noc goniła Salawara. Pędziła pod wiatr, ignorując znaki. Porywała odległości, szerząc obszar bloków cienia. Przypieczętowane końce łodyg uległy chłodowi i powróciły w głąb ziemi, zajmując miejsca pod tytułem. Koń biegał tuż przed nimi. Przemieszczał się między drzewami, odciskając w powietrzu ślady esowych floresów. Zarośnięte dzikim koprem zakątki wyolbrzymiały jego śmiech, hartując przewrażliwienie ziaren bez czucia. Chudszy Salawar przystanął na chwili. Przetarł szczypiący oczy obraz i przygładził rozkołysane kłącza. Więc koń złagodził śmiech, ustawiając się ku wypadkowi biegu wstecznego. Obrotem cyrkla znalazł ogon. Oddał środek wiernej kopii promienia i podjął czekający inny plan. Wsparty na ziemskich kulach Salawar rozglądał się za utraconym oddechem. A gdy tylko go znalazł

Och ty! –krzyknął –Zaraz cię dogonię!

Lecz koń roześmiał się jeszcze głośniej i ruszył dalej. Przesiąknięty mech zaczął tonąć. Bliski koniec Lasu Bobrowego odbijał rzucaną z góry ciemność, nawiązując do ruin Zamku. Chłód uwieczniał się w wysokości. Stargane powietrze ćwiczyło sępi ruch obiegu. Kołysało ciche wnęki, mnożąc szczepy nieżywych bakterii. Nad porysowanym tłem przemykał pięciogłowy cień Salawara. Padał według siebie, zbywając dym z księżyca. Gasnące gwiazdy zabrały mu ludzkie odniesienia i przerzedziły sploty nieuchwytnych wykończeń. Starym chmurom wypadły uchwyty. Pędzący koń skręcił w stronę ostatnich drzew. Minął ruiny Zamku. Wstąpił na pola. Tuż przed Salawarem. Więc Salawar biegł. I biegł… i biegł, wciąż dalej… i dalej…
WYŚCIG
Z bocianiego gniazda wypadły pawie sterówki. Kres sięgnął jasności, a wybielające wnętrza środki przeniosły się na obrzeża. Zbawienne wpływy straciły ważność i przekazały się chlebowej pleśni. Wielkim cudom zabrakło ostatnich sił. Nie dowiązane tobołki z niebem zaczęły przesuwać się po chmurach odprawy, omijając upodobania kabli. Kreator uruchamiał czujniki deszczu.

Co robisz, Kreatorze? –zapytał przybysz.

Najwyższy czas!

Ale po co?

Przecież postanowiłem!

Co?

Schodzę!

Kiedy?!

Właśnie!

Sam mówiłem…

…że wygląda, jakby było twoje.

Więc schodzisz…

…żeby WSZYSTKO zobaczyć!

Zresztą…

… i tak obiecywałem, że zejdę.

Rzeczywiście…

…pamiętasz?

Pamiętam.

I nic nie powiesz?

Przecież postanowiłeś.

Bardzo dobrze! W końcu trzeba byłoby zejść! A jak zrobię to teraz, to później nie będę musiał.

No nie.

To może zszedłbyś ze mną?

Z tobą?!

Oczywiście! Zrobilibyśmy coś razem!

Na pewno, ale… naprawdę nie powinienem.

No to chociaż zastąp mnie przez ten czas.

Na przerzedzone niebo padł krzyżyk podpisu. Współczynnik wdzięczności przewyższył wyrost. Bezozonowe słońce wciąż przesuwało się tyłem, a szczęściu podano wady wzroku. Dobę przejął krótszy dzień. Oberwane chmury wytarły kolor Lasu Bobrowego, oszczędzając pierwszy szkic na brudno. Mdława woń zgniło-żółtej pary była na miejscu powszedniejącego Pałacu. Wtulała słuchy w ściany, wypychając w zamian kołki drewnianych ram. Darła białe chustki i odnajdywała zakopane skarby. Pazia ciemność wyprzedziła ją za zgodą, wycierając siedzenia stołków i foteli. Salar stał w utknięciu złotego spojrzenia. Zranioną dłoń przywłaszczył zrost z ciałem, dbając o równe przebicia brzucha. Największy upust oferowały żebra. Tuż za nimi wisiały mosiężne świeczniki. Rozstawione w przewidzianych odstępach znaczyły krętą drogę do lochów. Wychodzący chłód podzielił chmury. Stare oddał na potrzeby, nowe zlepił z igieł szronu. Dzień przemijał z ochotą. Łudzącą salę tronową poddano złomowaniu. Zapomniano o wieżach i gończej ścieżce wokół Pałacu. Zamurowano mury i zabito okna. Sprowadzona do drobin ciemność zaczęła opadać na ziemię, tworząc gęste, półokrągłe zaspy. Dominik spychał je ku braku klucza, odkuwając zawiasy. Przysypane drzwi nie wytrzymały siły chęci i pękły, usuwając się z otworu. Czas sprowadził przyszłość z dala. Zarośnięty pokrzywami korytarz ginął w pierwszym zakręcie bez światła. Dominik okrążył poparzenia i popędził na dziedziniec. Widok martwej natury preparował pnącza cieniolubnych glonów. Łuskał z błękitu cebulowe warstwy nieba. Przykracał parapety i usypiał słońce. Wiatr wtrącił się w urazę. Poderwał w locie opadłe emocje i wyniósł je ponad dach Pałacu. Dominik stanął na przeciw Salara. Z dalekiego prądowego słupa zaczęło emitować się krucze krakanie. Dookoła zmalało do ringowych rogów. Powietrze uchodziło przez dziury po chybionych ciosach, przekraczające zakres obrysowanej zimnem planszy. Potem nic się nie zmieniło. Stalowe uderzenia toczyły pianę z kątów, a ciężkie razy dostawały cięższe. Zgasły ogniska osteolityczne. Brakło wody. Więc w zaistniałej suszy unieważniono rezultaty wyliczanki. Uczynione dobro zaczęło żałować. Zło przestało chcieć, aż na zdeptanym dziedzińcu zaszedł ostatni cios. A wtedy sfrunął skrzydlaty podmuch i zabrał ze sobą ciało. Przeniósł je nad otwartym wiekiem, oddając głosom żałobnych wiązanek. Opuszczone na sznurach utknęło w trawie, która zaczęła rosnąć i pokrywać je długimi, splątanymi w bluszcze źdźbłami, układając z nich maleńką mogiłkę laurowych liści. Ziemia zapełniła się chmurami. Po skończonej zabawie zostało kilka mieczyków. Odczarowane niebo było bezbarwne i gładkie, a w jego przeźroczystej tafli odbijały się ruiny starego, pustego Zamku.
WYŚCIG
Kreator szedł po rozżarzonych węglach, przytrzymując się nieczynnej kanalizacji. Przechwalone roboty rozdrabniały lastrykowe stopnie, trwając przy poszukiwaniach grysów. Rozrzucone mięso zmielono z pancerzami tarczników. W pustych pokojach dyżurowały nocne lampy. Ich mglisto-szare światła rzucały się z okien, tworząc podpuszczającą gładkość grządek. Mrok oddawał im przekonania.

Wiesz, jak ją znajdziemy? –zapytał Szałek.

Jak nie wiem co! –odpowiedział Mczyk.

Niczyje podwórka złożyły się w kostkę. Przypalony księżyc odłączył dolny reaktor, wydając resztę grafitu i wody. Kreator podszedł bliżej.

Naprawdę bardzo się cieszę, że mi w tym całym pomagasz, Szałku –powiedział Mczyk.

W całym czym, Mczyku? –zapytał Szałek.

W czym tym towarzyszeniu mi w poszukiwaniach.

„towarzyszeniu”?! Przecież szukamy jej razem!

Nie, Szałku. To ja jej szukam, a ty mi pomagasz.

Co?!

TO.

Tylko to?!

AŻ TO!

Aż?!

Och, Szałku! Myślałeś, że dokąd będzie na pół?

Dotąd budowaliśmy wspólnie…

A odkąd już pomysł był mój?

Twój?!

Przecież to ja wymyśliłem wirówkę!

Nieprawda! To ja powiedziałem, że lepsze byłoby coś, co by nas uniosło w górę!

A ja powiedziałem, że dobrze by było, gdyby miało śmigło!

Czyli dodałeś coś do mojego pomysłu!

Akurat! Unosić w górę może wiele rzeczy! Ja wskazałem na śmigło!

A kto je przykręcił?!

A kto podpowiedział, jak przykręcić?!

A kto wplótł kosz?!

A kto znalazł wiklinę?!

A kto wiedział, gdzie mogłaby rosnąć?!

No to proszę bardzo! –zawołał Mczyk –Weź sobie ten kosz!

A żebyś wiedział, że wezmę! –krzyknął Szałek –Tak właśnie zrobię! Wezmę kosz i odkręcę śmigło!

A odkręć! Sam sobie je po odkręceniu przykręcę!

Ciekawe, do czego?

A do silniczka!

Co to, to nie! Silniczek sam składałem i sam go zabiorę!

Nigdy! Prędzej oddam śmigło niż silniczek!

A po co mi śmigło?!

Masz jeszcze kosz!

Ale nie mam silniczka!

Ależ ty jesteś zachłanny!

A ty jesteś chciwy!

Chciwy, tak?!

Tak, chciwy!

Udowodnij!

Nie chcesz oddać silniczka!

Bo to jedyne, co mi zostało z wirówki!

A po co ci wirówka?! –wrzasnął Szałek –Przecież będziesz miał WSZYSTKO jak ją znajdziesz! A ja…?!

Wiedziałeś, że marzę o zbieractwie i szukaniu…

No właśnie! –przyznał Mczyk –Myślałem, że ci się marzy…

…coś takiego! –zawołał Szałek i rzucił na taśmę kostkę rosołową, kipiąc chłodem.

Silniczek pociągnął zawleczkę. Wygotowane śmigło odskoczyło w górę, zrywając telegraficzne przewody, a uboczne iskry podpaliły kosz.

Ty to sobie możesz pomarzyć! –zakończył Szałek i odszedł, potrącając Kreatora.

Pańskie krzyże zaczęły prześcigać się szerokością kąta. Na plastycznej ziemi poustawiano puste tablice, znacząc dawną działalność. Rozmontowano patrolkę.

Hm… no cóż… -mruknął Kreator.

Niedaleko niego przestał unosić się czerwono podobny dym. Dziurawe czerpaki opito wodą, a sfastrygowanym łatom wyciągnięto nitki. Zielone stoły pogubiły nogi.

Dzień dobry, Porfirio! Dzień dobry, Porfiry! –zawołała Kara –Jak wam idzie?

Tak samo –odparł Porfiry.

Zmierzamy do końca –dodała Porfiria.

To bardzo dobrze! Znaleźliście już coś?

Figę z makiem z pasternakiem! –odpowiedziała Porfiria –Chcesz połowę?

Chętnie!

Kredens wydał komplet sztućców. Zmięte serwetki porwał wiatr, a deserowe nakrycia spadły z wieszakami. Kreator usiadł między Porfirią i Porfirym.

Mam dość… -zauważył Porfiry.

Masz coś? –zapytała Porfiria.

Mam dość, ale nie mam już siły…

A to, że się nie poddajesz?!

To bym się poddał…

A to się poddaj! I tak będziemy kończyć dotąd, dopóki nie skończymy!

Ale Porfirio… jest zimno…

Jak było ciepło, to ci nie przeszkadzało!

Bo było…

Czyżbyś już nie chciał dźwigać dźwigni? Wiercić wierteł? Spalać spalin?!

Ależ nie! Chcę! Oczywiście, że chcę!

No właśnie! –zawołała Porfiria –Więc rób, co chcesz!

Pełne misy odwróciły dna, czekając na próżno. Zapisane szuflady wysunęły się z biurek, a obdarte skóry przygotowano do garbowania. Kreator zaczął spacerować dookoła kawowych ław.

Hm… na tych drożdżach nic nie rośnie –zauważyła Porfiria.

Na których? –zapytała Kara.

Na tych!

O, rzeczywiście.

Myślisz, Karo, że powinnam?

Myślę, że nie powinnaś.

Nie?

Tak.

Ale dlaczego?

Bo to przecież gwiazdka z nieba.

Co?!

Największe marzenie musi się spełnić.

Ale przecież od początku chodzi o to, by zdobyć!

A jeśli nie…?

A dlaczego by nie?!

Hm… wydaje mi się, że…

No właśnie! Wydaje ci się! –zakończyła Porfiria –Porfiry!

Słucham.

A jednak nie przerywamy pracy!

Przetłuszczone blachy spiekły się w piecach. Ręczne ubijarki nakryto prześcieradłami, a ruchomym barkom odkręcono kółka. Z piłek uszło powietrze.

Hm… no cóż… -mruknął Kreator.

Wiatr wywlókł drewniane kładki. Cementowy kurz osiadł w zagłębieniach podeszew popołudniowych śladów. Idealne odlewy zostawiły na nie dowód.

Porfirio… -szepnęła Kara, a potem spojrzała w stronę łąki.

Co?

Porfirio…

No „Co?”?!

Gdzie są nasze dzieci…?

Z kluczowej chwili wyskubano kacze pióra. Łzawy powiew wiatru zakręcił się w maślanych oczach, wyręczając młyny. Głos odebrał sobie prawo. Od wnętrz wąskich rynien zaczął odpadać deszczowy osad. Blednący księżyc badał zgrubienia w węzłach, zaciskając pętlę na skorupie. Pod wysokimi progami odkryto groby szarańczy. Chłód zawiał z głodem. Wywlókł brudy w górę, powodując nagromadzenia. Widmowe domy przepadły w oddali. Łąkę obcięto na step.

Hm… no cóż… -mruknął Kreator i poszedł do nieba.

Zimny wiatr zdążył wypaść poza zasięg słupka rtęci. Porywisto objął kurs na siebie, by ukraść wszystkie powiewy i zniszczyć starą różę. Z elektrycznego wyładowania spadły błyskawice. Kilka gwiazdozbiorów dalej, tuż przy małej sadzawce siedział Niedźwiedź Odrobinka. Rozłożony na skoszonej trawie rozglądał się po górze, z zadowoleniem przebierając łapami. Co pewien czas zerkał w stronę śpiących przyjaciół ulokowanych pod gałęziami owocowych drzew. Noc robiła się ciemniejsza. Lekkie fale na sadzawce kołysały odbicia gwiazd. Przeźroczysta woda przekroczyła brzegi, podlewając trójgraniaste łodygi tataraku. Niedźwiedź ziewnął szeroko. Lecz wtem, w oddali błysnęło czerwone światełko. Zatoczyło duże koło i przepłynęło na przeciwną stronę. Chwilę później zaczęło mrugać. Wiatr przefrunął nad sadzawką, zaburzając fale. Woda podpłynęła pod zarośla i porwała gniazda ważek. Purpurowo-pomarańczowe światełko drgnęło, rozpoczynając lot ku ziemi. Zdumiony Niedźwiedź przetarł oczy. Wyrwał z brzucha kilka włosów i uszczypnął ucho, ale światełko wciąż zbliżało się w jego kierunku. Przecinało noc zygzakiem, omijając wystające fałdy nieba. W końcu zawisło tuż przed nim. Rozlana woda zalała skoszoną trawę. Niedźwiedź wstrzymał oddech. Czerwone światełko okrążyło jego głowę, a potem opadło na wyciągniętą łapę.

To naprawdę ty… -westchnął Niedźwiedź.

Gwiazda mrugnęła kilka razy i zatopiła się w niedźwiedziej garści.
WYŚCIG
Dziś nad ranem, niedaleko małej sadzawki znaleziono zwłoki niedźwiedzia. Denatem okazał się niedźwiedź brunatny, Niedźwiedź O., Ursus arctos, o długości 2,5 m i masie ciała ok.760 kg . Na razie nie wiadomo, jak doszło do zgonu. Przyczyny śmierci również nie są znane. Z policyjnych ustaleń wynika, że zanim doszło do tragedii Niedźwiedź O. leżał na skoszonej trawie i wpatrywał się w niebo. Przybyły na miejsce prokurator nakazał zabezpieczyć zwłoki do sekcji. Do pomocy przy wynoszeniu ciała wezwano strażaków z Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej. Pojawiły się różne komentarze, sugerujące m.in. że śmierć mogła nastąpić wskutek samobójstwa. Policja prowadzi w tej sprawie dochodzenie.
META
Odzwyczajone od bieli niebo spadło na ziemię. Środki kanałów tętniczych zapchano tłuszczowcami, uprawomocniając rozwiązanie porządku. Jasność sprowadzono do szpilkowego łebka. Po śladach początku już nie takiej góry płynęła pustka. Pęczniała w chłodzie rozciągniętego czasu niszczenia, drażniąc wonią kawałek królestwa. Kreator koronował centrum niedoskonałości

Ech… -zauważył przybysz.

No właśnie! –przyznał Kreator –Nigdy więcej się nie założę!

Jeszcze będzie okazja.

Ale ja już nic nie mam!

Coś zawsze się znajdzie.

Zanikające piętra ziemi opuszczały ich coraz niżej. Płyn hamulcowy wyciekł brakami tłoka, ustępując miejsca efektom ubocznym dokonanego dzieła.

Tylko co?!

WSZYSTKO.

Naprawdę?

Oczywiście.

I to wystarczy?

Naturalnie.

Hm…

Możesz wygrać.

No pewnie, że mogą!

A wtedy znowu będziesz miał.

I…

…znowu będziesz mógł zakładać, co tylko zechcesz.

Właśnie!

Więc…

…nie traćmy czasu!

Podziemna kolej zawyła na przystanku szybu. Wybrany poziom najeżył się podwyższonym ryzykiem i skamieniałymi grudami soli.

Widzisz tę resztę jasności? –zapytał przybysz.

Widzę –odparł Kreator.

Schowam ją z tej albo z tamtej strony, a ty będziesz musiał zgadnąć, z której.

Tylko zgadnąć?

Dobrze.

Oczywiście!

Tyłem przeszły ciarki katorżniczej pracy. Z karnych kuźni wyjeżdżały transporty żelaznych kajdan, kierując się na izby zatrzymań. Odklejony pokład zawalił rząp.

W porządku –powiedział przybysz i schował jasność z tamtej strony –Gotowe.

Tak szybko?!

Tak.

Powinienem się zastanowić?

Powinieneś.

Hm… a więc myślę, że…

Hm… a więc myślisz, że…?

Albo nie! Myślę, że…

Myślisz, że…?

Cóż… powiem po prostu, że jest z tej strony.

Z tej?

Z tej.

Na pewno z tej?

Z tej na pewno.

Na pewno nie z tamtej?

Z tamtej nie na pewno.

A więc wahasz się!

A dlaczego miałbym?

Cóż…

„Cóż…”?! Ach tak! –zawołał Kreator –Wszystko jasne! Ona jest z tej, ale ty chcesz, żebym powiedział z tamtej i przegrał!

Ja tylko zauważyłem, że się wahasz.

A ja zapytałem, dlaczego miałbym.

Więc się nie wahasz?

Dlatego nie miałbym!

Z tej?

Z tej!

Zauszny odgłos wyrywanych paznokci utworzył lukę w prawie. Odhaczone pytania przesłuchujące szacowały złamane kości, zsyłając je na hałdę.

Zaczekaj! –krzyknął Kreator –A może z tamtej…?

Bo z tamtej.

Czy ja wiem…?

Nie.

A jeżeli naprawdę jest z tamtej…?

Bo jest.

Choć… jeśli jednak jest z tej i mam rację…?

Nie masz.

Nie powinienem zmieniać zdania! Zostanę przy z tej!

Trudno.

Właśnie! Co ma być, to będzie!

Niech i tak.

Narzędzia tortur zamieszały ugotowaną smołę. Przebite korpusy obracały się w rożnie, wędząc szyjki cedzących zębów. Gardła tchnęła infekcja ziejącego żaru. Krok dalej obcierano pięty. Krzywiono usta i chowano korce, szykując się do oczekiwanego obrotu w niwecz. Lecz skrytą z tamtej strony jasność przybysz przeniósł na z tej.

Zgadłeś –powiedział.

Co?! –zawołał Kreator.

Zgadłeś.

Zgadłem? Naprawdę?!

Naprawdę. Zgadłeś.

Och! Wiedziałem!

Tak. Wiedziałeś.

Miałem rację!

Miałeś rację.

Byłem pewien, że na końcu z tobą wygram!

Byłeś pewien.

I nie myliłem się!

Nie myliłeś.

Jestem najlepszy!

Jesteś.

Zawsze byłem!

Byłeś.

I będę!

Będziesz.

Nikt nie może się ze mną równać, rzeczywiście?

Rzeczywiście. Gratuluję.

Zapadło. Słowo dane zwróciło światłość i wodę. Suche lądy wynurzyły się z fal, robiąc miejsca nowym domom. Drzwi przestały skrzypieć. Po wprawionych szybach spłynęły strużki szampańskich bąbelków. Obficie skropiły podniebne podwórka, chrzcząc pierwsze bielenie płotów. Słońce objęło wschód do zachodu. Księżyc wplótł się w rewir nocy. Z noworocznych zasilaczy wypłynęło dobro. Zalało koryta i dna morskie, rodząc następne pokolenia ryb. Na piaskach dzikich plaż pojawiły się odciski niezmywalnych stóp.

Hm… -mruknął przybysz –Patrzysz na górę?

Oczywiście! –zawołał Kreator –Jest taka piękna! Sam zobacz!

W najlepszym razie organizował się spokój. Święcie oblatywał kształtne obłoki, ustawiając przy nich opuszkowe chmurosmyrkacze. Aktywne nutriceramidy budowały nowe krańce bez końców.
Dalej wyciskano turnie z kwiatowych foremek. Do wstawionych gór domalowywano szczyty. Diamentowy szron schładzał lodowo-wiśniowe czubki, nadziewając wnętrza marmoladowymi pełniami sekretnych jaskiń. Zawróciła jasność.

Tak… -przyznał przybysz –Piękna… Ponczowiało. Lepszy skład ambrozyjny przedłużył nieśmiertelność. Dźwięki zabaw złotych wesel organizowały hucznie, nastrajając kościelne żyrandole. Były dzwony orkiestrowe.

Nad sławnymi chmurami brzmiało anielskie pozdrowienie. Oznajmiało najlepsze nowiny, wpisując dedykacje w księgi życzeń. Samych słonecznych dni zrobiono za pas.

Do widzenia, Kreatorze –powiedział przybysz.

Do widzenia –odpowiedział Kreator.

Wieczne szczęście dało się zobaczyć. Podjęło dalekie, bliskie, środkowe. Złączyło nade we wszystko. A tym wszystkim znowu było niebo. Niebo, które teraz parzyło ogniem piekielnym.
KONIEC